San-Da - to inaczej chiński kick-boxing

jest stylem zewnętrznym skrajnie nastawionym na skuteczność w pełnokontaktowej walce. Obecnie zdobywa on coraz większą popularność ze względu na odbywające się regularnie wszechstylowe zawody sportowe w wolnej walce San-Shou.  Jednak San-Da to nie tylko sport. Istnieje również jego odmiana bojowa, która ma znacznie mniej ograniczeń.

W sportowym San-Da dopuszczalne są tylko uderzenia pięścią w głowę i tułów, kopnięcia stopą i piszczelą w głowę, tułów i nogi oraz techniki Shuai-Juao (rzuty). W wersji bojowej trenowane są również ciosy łokciami i kolanami.

Walki San-Da odbywaja się na platformie Lei-Tai lub na ringu bokserskim (w przypadku walk zawodowych). Zawodnicy walczą w rękawicach bokserskich, kaskach na głowę i ochraniaczach na tułów (w walkach zawodowych jedynie w rekawicach bokserskich). Tego typu zawody odbywały się w Chinach od ponad 300 lat, jednak w dawnych czasach do walki nie używano żadnych ochraniaczy, a formuła rywalizacji była dużo bardziej brutalna.

Każdy styl Kung-Fu zawiera w sobie trening San-Da jako naukę realnej walki z przeciwnikiem. Trening technik zależy więc w dużej mierze od stylu Kung-Fu na którym się opiera nauczyciel. Metody treningowe San-Da są bardzo proste, dużą wagę przywiązuje się tutaj do treningu wytrzymałościowego oraz siłowego. W AChSW San-Bao trenowane są przede wszystkim techniki San-Da stworzone na bazie systemu Chang-Chuan (Długiej Pięści) oraz Shuai-Juao z przekazu Mistrza Liang-Shou-Yu.

Biografia Bruca Lee

Bruce Lee (właściwie Lee Jun Fan) urodził się 27 listopada 1940 roku w San Francisko w Stanach Zjednoczonych. Był czwartym dzieckiem swoich rodziców. Według chińskiego kalendarza rok 1940 był rokiem smoka. Z tego powodu Bruce otrzymał później przydomek su long co znaczy mały smok. Jego rodzice byli śpiewakami operowymi. W Stanach powodziło im się kiepsko. Bruce miał zaledwie kilka lat kiedy zdecydowali się wyjechać do Hongkongu. Tam ojciec otrzymał dobrą, zgodna z jego aktorskim wykształceniem pracę. Wkrótce cała rodzina zamieszkała we własnym domu w luksusowej dzielnicy miasta. Bruce wychowywał się w dobrobycie. On i całe jego rodzeństwo uczyli się w renomowanych szkołach. Jako sześciolatek zagrał w swoim pierwszym filmie pt. “Narodziny ludzkości”, okazał się on kiepski. Kolejny film “Kid Cheung” - “Dzieciak Cheung” nakręcił kiedy miał lat 8. Tym razem zdobył fanów w całym Hongkongu.

Jego ojciec był fanatykiem zdrowia i rozwoju duchowego. Namawiał Bruce’a by zaczął ćwiczyć sztuki walki, jednak jego to nie interesowało - do czasu. Gdy miał 14 (lub 13) lat pewnego razu został pobity. Po tym incydencie sam zwrócił się do przyjaciela rodziny - Yip Mana (wielkiego mistrza kung-fu) - aby nauczył go samoobrony. Pierwszym stylem jaki poznał Bruce był Wing Chun (lub Wing Tsun - dwa sposoby zapisu tej nazwy wynikają z problemów przy translacji alfabetu chińskiego na angielski), ponieważ właśnie jego uczył Yip Man. Gdy młody Bruce zaczął trenować zauważył u siebie znaczną poprawę koncentracji. Po pewnym czasie potrafił tak dobrze skupiać uwagę na wykonywanym ćwiczeniu (bądź też innej czynności), iż stał się najlepszy niemal we wszystkim czym się zajmował. Jego nauczyciel Yip Man zauważył u niego talent. Nastawienie Bruce’a - ogromna chęć bycia najlepszym, poświęcanie się treningom, a przy tym brak zarozumiałości - sprawiło, że jego nauczyciel stał się także przyjacielem.

Gdy miał kilkanaście lat wstąpił do gangu młodzieżowego. Szybko został jego przywódcą. Nie robił tego dla pieniędzy (tych mu nie brakowało) lecz dla tego, że bardzo lubił bić się na ulicach. Jedna z takich walk, którą stoczył z pretendentem do przywództwa w gangu na dachu pięciopiętrowego budynku o mało nie skończyła się śmiercią jego i przeciwnika.

Bruce był prawdziwym fanatykiem kung-fu. Ćwiczył w każdej wolnej chwili, nawet przy jedzeniu. Powtarzał do znudzenia, tysiące razy (bez przesady) poszczególne elementy obrony i ataku. Koniecznie chciał być najlepszy. Predyspozycje fizyczne, ale przede wszystkim wieloletni, intensywny trening sprawiły, że był.

Po szkole podstawowej (czy jak to się tam w Chinach nazywa) rodzice posłali go do ekskluzywnego Saint Francis Xarier College, gdzie był już prawdziwym idolem dla swych rówieśników. Miał duże powodzenie u dziewcząt. Treningi pociągały go bardziej niż nauka, jednak nie miał z nią kłopotów. Był bardzo ambitny, brał udział w wielu konkursach m.in. bokserskich i zawsze zwyciężał. Zawsze i wszędzie musiał być najlepszy.

Kolejnym jego filmem był melodramat “Orpham Ah Sam” (nie wiem co to znaczy). Film ten był oparty na jego własnej biografii, odniósł duży sukces i przysporzył Bruce’owi popularności w całym Hongkongu. Obraz ten opowiadał o chłopaku, który w pewnym momencie swojego dojrzewania (okresu trudnego dla wielu) stanął przed następującym wyborem: albo przynależność do gangu i uczestnictwo w ulicznych bijatykach, albo uczciwa nauka w szkole. Na końcu wybiera oczywiście to drugie. Wiele lat później, w jednym z wywiadów Bruce powiedział: “Gdybym nie został gwiazdorem filmowym, z pewnością byłbym gangsterem”.

W 1958 roku, mając osiemnaście lat i dyplom ukończenia szkoły w kieszeni Bruce wyjeżdża do miejsca swego urodzenia - San Francisco w USA, by rozpocząć tam wielką karierę filmową (a może by uciec przed konsekwencjami bycia młodocianym gangsterem?). Początkowo mieszkał u przyjaciela ojca, Robbiego Chau. Po kilku miesiącach przeprowadził się do Seattle i rozpoczął studia filozoficzne. W nocy pracował dorywczo m.in. jako kelner. Wtedy zaczyna uczyć kung-fu, najpierw swoich przyjaciół, potem wszystkich, którzy mogą zapłacić (potrzebował pieniędzy na studia i przeżycie, musiał jakoś zarabiać). W tamtych czasach Chińczycy nie chcieli uczyć niechińczyków, a pobieranie opłat za naukę było nie do pomyślenia. To mniej więcej tak, jak gdyby u nas trzeba było płacić za wstęp do kościoła albo lekcję religii. Bruce uczył niechińczyków i brał za to pieniądze!

Na uniwersytecie, na którym studiował poznał studentkę medycyny Linde Emery (Amerykankę). Niedługo potem wziął z nią ślub. Porzucił studia i otworzył własną szkołę kung-fu o nazwie “Bruce Lee’s Kung-Fu Instytute”. Chińska społeczność Seattle dowiedziała się o tym, że uczy niechińczyków. Przysłali do niego człowieka, który miał go zhańbić. Przyszedł i powiedział: “Jeśli mnie pokonasz, możesz uczyć niechińczyków. Jeśli ja wygram, zamkniesz szkołę” - wygrał Bruce. Jednak nie przyszło mu to łatwo.

Zagrał w filmie “Longstreet” - “Długa ulica” i w serialu “Green hornet” - “Zielony szerszeń”. Ten drugi był całkiem niezły i dzięki temu szkoła Bruce’a stała się sławna. Ludzie walili tłumem. Uczył m.in. Steve’a McQuinn’a i James’a Coburn’a. Mówił: “To co robię jest bardzo dochodowe. Żądam za dziesięć godzin nauki 500 dolarów i ludzie walą tłumem. Podwajam cenę i także przychodzą. Nie miałem pojęcia jak wielu ludzi interesuje się chińską sztuką walki”.

Linda urodziła mu dwójkę dzieci: synka Brandona i córeczkę Shannon. Tak mówił o swym związku z Lindą: “Pamiętam pierwsze lata naszego małżeństwa jako obłędnie szczęśliwe”.

Po sukcesie “Zielonego szerszenia” myślał, że dostanie propozycje udziału w następnych filmach, jednak nikt go nie chciał. Dopiero gdy wystąpił w programie telewizyjnym (o dużej oglądalności), w którym połamał kopnięciem cztery z pięciu desek zawieszonych na sznurach, jeden z szefów wytwórni filmowej w Hongkongu zaproponował mu udział w filmie “Big Boss” - “Wielki szef”. Aby wziąć udział w jego kręceniu Bruce musiał wrócić do Chin. Na początek dali mu drugoplanową rolę, jednak po zrobieniu kilku pierwszych scen reżyser był zachwycony Bruce’em i rozbudował jego rolę do pierwszoplanowej. Film ten odniósł wielki sukces w całej Azji. Bruce stal się bardzo popularny. Następny obraz nosił tytuł “Fist of fury” - “Wściekła pięść”, a dosłownie “Pięść wściekłości”. Pobił on wszelkie rekordy kasowe. Następnie był film “Way of the dragon” - “Droga smoka”, nad którym Bruce domagał się pełnej kontroli. Sam go wyprodukował, wyreżyserował i zagrał w nim. Potem było ich jeszcze kilkanaście i każdy zdobywał duże uznanie. Razem z tymi, w których wystąpił jako dziecko i tymi nakręconymi w Stanach było ich 18. Ostatnim jego filmem, którego nie dokończył z powodu śmierci (jednak film ukazał się na ekranach) był “Game of death” - “Gra śmierci”. Na planach zdjęciowych z udziałem Bruce’a aktorzy walczyli naprawdę (oczywiście wcześniej ustawiali choreografię i nie używali całej siły w uderzeniach). Bruce prawie nigdy nie korzystał z pomocy kaskaderów. Sam potrafił zagrać większość trudnych scen, gdyż był świetnie wygimnastykowany i zręczny.

Bruce Lee stworzył swój własny styl kung-fu. Nazwał go Jeet Kune Do co w zależności od tłumaczenia oznacza Droga Przechwytującej Pięści, lub Sposób przechwycenia Pięści. Styl ten powstał z połączenia wszystkich sposobów walki, których uczył się Bruce, a było tego sporo. Różne style kung-fu, wiele odmian boksu, jujitsu, aikido, kempo, taekwond-do (zwłaszcza w zakresie technik powietrznych) i rozmaite odmiany karate. A także walkę bronią np. nunchaku. Uważał, że bariery stylowe ograniczają go, więc stworzył Jeet Kune Do, w którym nie ma żadnych ograniczeń. Ten sposób walki określany jest czasem jako “styl bez stylu”. Napisał książkę “Tao of Jeet Kune Do”, jednak nigdy jej nie wydał. Dopiero po jego śmierci zrobiła to jego żona.

Oto przypuszczalna przyczyna jego śmierci: W 1973 roku Bruce miał 32 lata i bardzo dużo pracował. Przyjaciołom mówił, że jest zmęczony.
20 lipca 1973 roku wieczorem przebywał u Betty Ting Pei, która była jego kochanką. Odczuwał silny ból głowy. Wziął środek nasenny o działaniu przeciwbólowym, który prawdopodobnie popił niewielką ilością alkoholu. Czół się coraz gorzej. O 22:30 Betty wezwała pogotowie. Do szpitala przewieziono go już w stanie śpiączki. Zajęli się nim lekarze, jednak to nie pomogło. 20 lipca 1973 roku o godzinie 23:22 stwierdzono zgon Bruce’a Lee. Po jego śmierci opinia publiczna domagała się opublikowania wyników sekcji zwłok, czego nie zrobiono. Dlaczego? Istnieje podejrzenie, że w ogóle jej nie wykonano. Nagła śmierć młodego, zdrowego człowieka jest dziwna, a mimo to śledztwo w tej sprawie przeprowadzono dopiero kilka miesięcy później i to pod silnym naciskiem opinii publicznej.

Tak skończyła się wielka droga małego smoka, jednak jego legenda jest nieśmiertelna i trwa do dziś. Nigdy nie zdążył się zestarzeć i już na zawsze pozostanie młody. Moim zdaniem był najgenialniejszym artystą walki swoich czasów. Nic mi nie wiadomo o tym czy ktoś go kiedykolwiek pokonał w walce. Ale jednego jestem pewien - już nigdy, nikt go nie pokona :-).

Strategia walki karate

TAI-NO-SEN

Metoda tai-no-sen jest nazywana wyprzedzeniem ruchu fizycznego. Przeciwnik podjął już decyzję i wydał już rozkaz do mięśni. Po otrzymaniu impulsu zstępującego od ośrodkowego układu nerwowego efektory zaczynają działać, następuje pobudzenie mięśni i zapoczątkowanie ruchu, czyli zapoczątkowanie akcji zaczepnej przez przeciwnika.

Metoda tai-no-sen jest metodą wykorzystującą czas ruchu prostego bezpośrednio po jego zapoczątkowaniu i koniecznie przed jego zakończeniem. Jest więc ona metodą póĽniejszego reagowania od metody kake-no-sen i jest stosowana jako zamiar, lub często jako następstwo nieudanego zastosowania kake-no-sen. W tym ostatnim przypadku zmiana timing’u z kake-no-sen na tai-no-sen następuje automatycznie wskutek niedokładnego rozpoznania możliwości użycia metody wcześniejszej.

Metoda tai-no-sen używa fizycznego poziomu kyo.

Istotą poprawnego zastosowania metody tai-no-sen są dwa czynniki:

właściwe rozpoznanie dogodnego momentu,

użycie techniki, która przyniesie efekt w postaci przyznanego punktu.

Co do pierwszego z podanych czynników nie ma najmniejszych wątpliwości, należy jednak omówić sprawę właściwego zastosowania efektywnej techniki. Technika użyta w reakcji tai-no-sen musi spełniać wszelkie kryteria opisane w definicji ippon (zdobycia pełnego punktu kończącego walkę) lub co najmniej musi spełniać warunki opisane dla zdobycia punktu waza-ari (połowa ippon). Dodatkowym czynnikiem określającym możliwość przyznania punktu, uznania techniki zawodnika za właściwą jest odpowiedni poziom obrony zastosowany w czasie akcji tai-no-sen.

Często zdarza się, że zawodnik rozpoznawszy możliwość użycia tai-no-sen wyprowadza swoją technikę zupełnie ignorując rozwijającą się akcję przeciwnika. Jest to dużym błędem, gdyż może to prowadzić do poważnej kontuzji.

Przeciwnik zaplanował już i zapoczątkował swoją akcję, niemal na pewno nie będzie w stanie jej skontrolować w momencie gdy atakowany zawodnik skróci dystans - ma-ai, egzekwując odpowiedĽ typu tai-no-sen. Z tego punktu widzenia zawodnik odpowiadający / broniący się przy użyciu reakcji tai-no-sen jest odpowiedzialny za bezpieczny przebieg starcia. Jest on zobowiązany zastosować właściwą zasłonę (technikę blokującą) jednocześnie z wyprowadzaną akcją kontrataku. W przeciwnym razie z dużym prawdopodobieństwem akcja przeciwnika dotrze do jego własnego ciała i nawet jeśli to nastąpi po momencie gdy technika kontrataku sięgnie już ciała przeciwnika (czyli rzeczywiście nastąpi wyprzedzenie typu tai-no-sen), to atak ten może spowodować poważną kontuzję broniącego się. Jeżeli zderzenie następuje na poziomie korpusu - chu-dan, prawdopodobnie nie będzie niosło ze sobą żadnych większych konsekwencji zdrowotnych. Sędziowie mogą nie przyznać żadnemu z zawodników punktu uznając, że akcje nie nosiły znamion zawartych w definicjach ippon lub waza-ari. Często zdarza się, że akcje nosiły takie znamiona lecz obie z nich osiągnęły swoje cele w zbyt krótkim odstępie czasu, nie możliwym do stwierdzenia z całą rzetelnością oceny która z nich była pierwsza. Mimo poprawności obu akcji zostaje ogłoszony werdykt ai-uchi, czyli akcja jednoczesna, który oznacza, że nie zostaje przyznany punkt żadnemu z walczących. Jest to ewidentny błąd w obronie, który polegał na zbytnim zaufaniu swojej akcji i nie zawierał jednoczesnego bloku, który zdecydowanie przechyliłby szalę tego starcia na stronę broniącego się reakcją tai-no-sen.

W opisanym przypadku starcie zakończyło się tylko brakiem przyznania punktu. Cięższym w konsekwencjach mogłoby okazać się starcie, w którym przeciwnik zapoczątkował akcję ataku na strefę głowy - jo-dan. W przypadku takiego zderzenia może nastąpić bardzo poważna kontuzja.

Akcje obrony wyprowadzane w formie kontrataku bez użycia techniki blokującej mają swoje odzwierciedlenie w przepisach sędziowskich ITKF. Zawodnik może zostać napomniany przez su-shin za brak wystarczającej obrony. Ostrzeżenie takie nazywa się mu-shi i może być powiązane z nałożeniem kary gdy niosło ze sobą duże niebezpieczeństwo lub występowało już wcześniej podczas tej samej rundy kumite.

Szkolenie zawodników KIME w użyciu reakcji tai-no-sen zawiera omówienie tego aspektu i naukę używania jednoczesnej akcji oburącz; jedna ręka blokuje, a druga ręka w tym czasie egzekwuje cios (np. wykonuje tsuki-waza).

GO-NO-SEN

Grupa sposobów walki go-no-sen jest wykorzystywana gdy sposoby z grupy sen zawiodły, lub gdy zawodnik był w niewystarczającej dyspozycji psychicznej i nie potrafił we właściwy sposób rozpoznać zamiaru lub akcji przeciwnika na jej wczesnym etapie. Zawodnik spóĽnił się z “upolowaniem” etapów czasu reakcji swojego przeciwnika. Ma w tej chwili do czynienia już z wyprowadzaną fizyczną akcją zaczepną lub atakiem / czasem ruchu prostego. Umiejętne rozpoznanie tego poziomu rozwinięcia akcji przeciwnika może jeszcze zakończyć się skuteczną obroną.

Grupa obron typu go-no-sen z racji swego opóĽnienia w reakcji jest nazywana póĽnymi sposobami odpowiedzi na atak przeciwnika.

Ze względu na sposób obrony przed wyprowadzanym już atakiem przeciwnika grupa ta została dodatkowo podzielona na kolejne dwie podgrupy obron: uke-waza, czyli techniki blokowania, oraz amashi-waza, czyli techniki uniku.

UKE-WAZA

Sposób uke-waza polega na połączeniu w jednej kombinacji będącej obroną - techniki blokującej - uke (zasłona przed atakiem lub jego zbicie) oraz techniki kontrataku zastosowanej w odpowiedzi, ale już po dokonaniu zasłony lub zbicia (jednoczesne zastosowanie obu tych rzeczy byłoby reakcją typu tai-no-sen). W kontrataku najczęściej stosowane są tutaj techniki ciosów pięścią - tsuki, uderzeń - uchi lub kopnięć - keri.

Aby akcja obronna niosła za sobą skutek w postaci zdobytego punktu musi być przeprowadzona w perfekcyjny sposób, powinna zawierać w sobie:

Poprzedzenie właściwym, dokładnym rozpoznaniem rodzaju ataku przeciwnika oraz zamierzonej przez niego strefy ataku.

Podjęcie decyzji o rodzaju użytej techniki blokującej i zastosowanie jej tuż przed zakończeniem techniki ataku przeciwnika, czyli przed osiągnięciem celu i przed zbudowaniem właściwego poziomu rażenia - ki-me tej techniki.

Wykonanie techniki blokującej w taki sposób aby ta wprowadziła przeciwnika w poziom kyo fizycznego, czyli dysbalansu fizycznego - przeciwnik nie może mieć komfortu do niezachwianego kontynuowania ataku kolejną techniką po rozpoznaniu, że pierwszy jego atak został zablokowany.

Akcja kontrataku musi być logicznym i nieprzerwanym następstwem akcji blokującej, musi być przeprowadzona w taki sposób, aby wykorzystać poziom fizycznego kyo przeciwnika. Daje to gwarancję na niemal stuprocentową skuteczność kontrataku.
Specjalistyczny tekst o strategii walki (kumite) w karate tradycyjnym znaleziony na stronie www.hr.kime.pl. Tekst skierowany głównie do zaawansowanych zawodników i trenerów.


Trening walki (kumite) wysoko zaawansowanych zawodników w karate tradycyjnym opiera się na bardzo ważnych aspektach, jakimi są różne strategie walki.

Dla pomyślnego rozstrzygnięcia spotkania zawodnikowi nie wystarczy być świetnie przygotowanym pod względem techniki, szybkości, czy wytrzymałości. Trenerzy KIME zaszczepiają zawodnikom w procesie szkolenia szeroki wachlarz gotowych rozwiązań strategicznych, które dają zwiększanie prawdopodobieństwa wygranej.

W trakcie szkolenia w KIME zawodnicy spotykają się ze wszystkimi opisanymi niżej sposobami walki. Moment, w którym to następuje jest uzależniony od indywidualnego poziomu umiejętności każdego z zawodników, który z kolei zależy od tempa przyswajania wiedzy i podstawowych umiejętności technicznych.

Typowe sytuacje / sposoby walki, które zdarzają się podczas zarówno walki realnej w samoobronie, jak i podczas spotkań turniejowych zostały opisane i pogrupowane w tzw. grupy timing’u - sposoby zachowania się podczas walki:

Kake-Waza - ataki bezpośrednie.

Oji-Waza - reakcje (odpowiedzi) na atak przeciwnika.

Shikake-Waza - strategie właściwe.

KAKE-WAZA

Kake-waza jest sposobem walki, który polega na ataku bezpośrednim.

Walczący nie wykonuje żadnej akcji zaczepnej ani obronnej, ani nawet nie wykonuje kombinacji technik. Jego jedynym celem jest bezpośrednie zdobycie punktu poprzez wyprowadzenie właściwego ataku na wybraną strefę ciała przeciwnika.

Należy stwierdzić, że jest to trudny sposób walki. Wykorzystywany jest jedynie przez doświadczonych zawodników, którzy potrafią rozpoznać dogodną sytuację do przeprowadzenia ataku bezpośredniego. Niezbędną składową takiej akcji jest bardzo dokładne rozpoznanie sytuacji połączone z umiejętnością przewidzenia zachowania przeciwnika.

Aby ten sposób walki przyniósł zamierzony efekt musi się on również opierać o rozpoznanie chwilowej niedyspozycji przeciwnika, czyli rozpoznanie któregoś z poziomów kyo przeciwnika.

Przykłady typowych sytuacji kake-waza zdarzających się podczas zawodów kumite:

Natychmiastowy atak tuż po komendzie sędziego su-shin rozpoczynającej walkę. Często niedoświadczeni zawodnicy nie są gotowi do walki już od pierwszej sekundy po jej rozpoczęciu. Dają się “łapać” w czasie, w którym dopiero przyjmują gardę - kamae-te.

Inną typową sytuacją jest maniera niektórych zawodników polegająca na podawaniu sobie ręki przed rozpoczęciem starcia, lecz już po komendzie su-shin rozpoczynającej walkę. Jest to typowy moment niedyspozycji, stan niegotowości do walki. Należy zwrócić uwagę na fakt iż przepisy sędziowskie wymuszają wymianę ukłonów przed rozpoczęciem walki, po wkroczeniu na planszę - i to jest właściwy moment przywitania się zawodników. Dodatkowa, opisana tutaj maniera jest tylko niedyspozycją koncentracji dającą wielką szansę przeciwnikowi.

Kolejną typową sytuacją jest moment gdy jeden z zawodników w ferworze walki Ľle rozpozna zachowanie su-shin i zrozumie, że ten przerywa walkę, gdy w rzeczywistości to nie nastąpiło. Zawodnik opuszcza gardę, a nawet odwraca się i odchodzi od swojego przeciwnika. Jest to również czas potężnego kyo, możliwy do wykorzystania przez drugiego zawodnika do przeprowadzenia akcji kake-waza.

OJI-WAZA

Grupa sposobów walki oji-waza jest nazywana metodami odpowiedzi na atak przeciwnika. Są to sposoby walki, w których najpierw wyczuwamy intencję lub identyfikujemy rozpoczętą akcję przeciwnika i natychmiast reagujemy poprzez próbę wyprzedzenia lub zablokowanie czy uniknięcie akcji przeciwnika i jej kontratakowanie.

Znajdują się tutaj pogrupowane sposoby, które dają zawodnikowi wyjście obronną ręką w sytuacjach różnego poziomu zaawansowania akcji ataku przeciwnika.

W zależności od momentu wykrycia (początkowa składowa czasu reakcji - pobudzenie receptorów) i od momentu rozpoczęcia przeciwdziałania akcji przeciwnika (końcowa składowa czasu reakcji - pobudzenie mięśni / reakcja), sposoby oji-waza zostały podzielone na dwie podgrupy: sen i go-no-sen.

SEN

Sen jest grupą wczesnego rozpoznawania i wczesnego odpowiadania na akcję przeciwnika.

W zależności od momentu wyprzedzenia / ówcześnienia naszej akcji względem zainicjowanej już akcji przeciwnika, wczesne sposoby reagowania - sen są podzielone jeszcze na dwie kolejne podgrupy: kake-no-sen i tai-no-sen.

KAKE-NO-SEN

Kake-no-sen są sposobami bardzo wczesnej reakcji na rozpoczętą akcję przez przeciwnika.

Często sposoby te są nazywane wyprzedzeniem myśli przeciwnika. W rzeczywistości tak nie jest. Reakcja kake-no-sen następuje po rozpoznaniu chęci przeprowadzenia ataku, lecz na bardzo wczesnym etapie, jeszcze przed fizycznym ruchem techniki przeciwnika. Jest to więc moment gdy:

przeciwnik już pomyślał, podjął decyzję lub jest w trakcie jej podejmowania (składowa czasu reakcji - przetwarzanie danych lub po wydaniu rozkazu z ośrodkowego układu nerwowego) i …

przeciwnik jeszcze nie zdążył wprowadzić zamierzonej akcji w czyn (składowa czasu reakcji - przed pobudzeniem efektorów w mięśniach).

Jest tu rozpoznany poziom psychiczny kyo przeciwnika. W trakcie gdy umysł przeciwnika jest zaprzątnięty planowaniem i wydawaniem rozkazu - nie jest jednocześnie w stanie reagować na akcję zawodnika, który z nim walczy. W skutek tak rozpoznanego stanu przeciwnika zawodnik natychmiastowo, bez żadnego wahania wyprowadza własną akcję ataku bezpośrednio na obrany na ciele przeciwnika cel.

Metodę kake-no-sen można stosować bez przeszkód w procesie szkolenia zawodników dopiero po osiągnięciu bardzo wysokiego poziomu automatyzacji ruchów. Wymagane jest tu reagowanie bez jakiegokolwiek czasu poświeconego na proces myślowy, na kalkulację. Na tym etapie umiejętności muszą też być już wykluczone wszelkie złe nawyki / przyruchy, nazywane zjawiskiem synkinezji.

Metoda ta jest jedną z najtrudniejszych metod kontrolowania przebiegu walki. Zawodnik musi mieć za sobą wiele lat doświadczeń w nieustannym treningu i uczestniczeniu w zawodach kumite, aby móc w mistrzowski sposób posługiwać się metodą kake-no-sen.

AMASHI-WAZA

Sposób amashi-waza polega również na póĽnej obronie i zastosowaniu kontrataku. Obroną jednak nie jest technika blokująca lecz unik przed atakiem przeciwnika.

Sposób ten jest trudniejszy od uke-waza ponieważ wymaga większej precyzji i dokładniejszego timing’u. W przypadku uke-waza broniący się zawodnik posiada dodatkowy poziom przypływu informacji o stanie przeciwnika pochodzący od receptorów dotykowych. Przy amashi-waza broniący opiera się wyłącznie na bodĽcach wzrokowych.

Nazwa amashi-waza wzięła się od słówka amasu oznaczającego resztkę, końcówkę. W tym znaczeniu obrona amashi-waza wykorzystuje końcową fazę rozwijania techniki ataku przez przeciwnika, tuż przed osiągnięciem celu i tuż przed zbudowaniem poziomu ki-me. Istotne jest aby wykorzystać dokładnie ten moment, gdyż zbyt wczesne rozpoczęcie odejścia amashi-waza mogłoby spowodować, że przeciwnik zauważywszy nasze odejście byłby jeszcze w stanie zweryfikować zasięg i kierunek swojej techniki. Ideałem jest wytworzenie takiej sytuacji, w której przeciwnik cały czas wykonując technikę zachowuje komfort jej wykonania i przeświadczenie, że właśnie ta technika sięgnie zamierzonego celu. Wybitni znawcy techniki amashi-waza stosują ją w taki sposób, że w czasie odchodzenia / uniku całym ciałem odległość uderzającej pięści czy kopiącej stopy przeciwnika od celu jest utrzymywana na stałej niezmiennej kilkucentymetrowej odległości tak długo, aż skończy się zasięg tej techniki i wyczerpią się tym samym możliwości przeciwnika (skończy się ruch prosty). Takie zachowanie w walce wymaga niebywałej umiejętności oceniania dystansu, kontrolowania go oraz zachowania niewzruszonych emocji. Dodatkową korzyścią broniącego jest fakt, że przeciwnik może zorientować się w sytuacji dopiero z bardzo dużym opóĽnieniem w stosunku do rozpoczętej akcji obronnej amashi-waza. Broniący odchodząc / wycofując się wykonuje bardzo duży nacisk na nogę zakroczną budując tym samym duży potencjał energii do odbicia się z powrotem w kierunku przeciwnika z techniką kontrataku gdy ten wyczerpie już zakres swojej techniki i przed jakimkolwiek kontynuowaniem swego ataku znajdzie się na krótko w stanie wyłączenia - jest to tzw. fizyczny poziom kyo pomiędzy wykonywanymi technikami.

Aby akcja amashi-waza owocowała w postaci zdobytego punktu musi być, tak jak i uke-waza, również przeprowadzona w perfekcyjny sposób, powinna zawierać w sobie:

Poprzedzenie właściwym, dokładnym rozpoznaniem rodzaju ataku przeciwnika, zamierzonej strefy ataku oraz bardzo dokładne oszacowanie dystansu - ma-ai.

Podjęcie decyzji o sposobie uniku amashi i użycie go wraz z rozwijającą się techniką ataku przeciwnika.

Pozwolenie na rozwinięcie się techniki ataku przeciwnika, czyli na pozorne (tylko w wyobrażeniu przeciwnika) osiągnięcie celu i zbudowanie właściwego poziomu rażenia - ki-me tej techniki, która jednak nie trafia, nie dochodzi do celu. Jest wykonana w powietrze tuż przed celem.

Wyegzekwowanie techniki kontrataku. Wykorzystanie w tym celu poziomu kyo fizycznego przeciwnika pochodzącego z konieczności zmiany przez niego techniki / przejścia do kolejnej lub kontynuowania zamierzonej wcześniej kombinacji. Czas pomiędzy technikami jest jednym z bardzo krótko trwających momentów kyo fizycznego, jednak jest możliwy do wykorzystania przez wprawionego zawodnika.


SHIKAKE-WAZA

Kolejnymi sposobami walki jest duża grupa sposobów nazywana shikake-waza. W tej grupie zebrane są sposoby walki, które najpierw wprowadzają przeciwnika w poziom kyo, a dopiero wtedy używają techniki todome-waza.

Grupa sposobów walki shikake-waza jest często nazywana grupą strategii właściwych. O ile poprzednie sposoby walki były głównie oparte na reagowaniu na rozpoczętą akcję przeciwnika, to sposoby shikake-waza opierają się o własną inicjatywę zawodnika, który z góry dokładnie planuje i póĽniej kontroluje przebieg całego starcia.

Ze względu na sposób doprowadzenia przeciwnika do wymaganego poziomu kyo (wyłączenia), grupa shikake-waza podzielona jest na kolejne podgrupy: kuzushi-waza, renzoku-kogeki-waza, sasoi-waza.

KUZUSHI-WAZA

Jest to grupa działań zwana wytrąceniami z równowagi lub łamaniami balansu przeciwnika. Techniki te w podstawowy sposób bazują na wypracowaniu poziomu fizycznego kyo u przeciwnika oraz na natychmiastowym zastosowaniu techniki kończącej starcie - todome-waza. Należą do tej grupy takie akcje zaczepne jak:

podcięcia,

przechwyty,

inne wytrącenia z równowagi.

Należy pamiętać, że przepisy ITKF współzawodnictwa w konkurencji kumite nie zezwalają na zastosowanie wszystkich możliwych technik z wachlarza kuzushi-waza podczas rozgrywek turniejowych. Jest to podyktowane bezpieczeństwem zawodów.

Przykładowo jeżeli akcja ashi-barai - podcięcia (zagarnięcia) nogi nie jest połączona z egzekwowaniem techniki lub jest wykonana na strefę stawu skokowego czy kolanowego, to podlega karze punktowej, która nazywa się kin-shi (niebezpieczna technika).

Jeżeli przechwyt nie jest wykonany równocześnie z egzekwowaniem techniki todome-waza, to również podlega karze o nazwie tsukami (nieuzasadnione chwytanie).

RENZOKU-KOGEKI-WAZA

Sposoby renzoku-kogeki-waza są metodami kontynuowania ataku jednego po drugim aż do osiągnięcia celu, tzn. do uzyskania możliwości wyegzekwowania skutecznej techniki todome-waza.

Zaliczają się tutaj wszelkiego typu kombinacje technik połączone w jeden ciąg nieustającego ataku. Taki sposób walki zmusza przeciwnika do notorycznego wycofywania się lub do nieustannej obrony. Zaangażowanie przeciwnika w tak potężną konieczność obrony może przysporzyć zawodnikowi szansy na znalezienie poziomu kyo, który wystarcza na zastosowanie skutecznej techniki todome-waza.

Należy pamiętać, że z motorycznego punktu widzenia skuteczna kombinacja nie powinna zawierać więcej niż cztery techniki (kroki). Zbyt długie kombinacje doprowadzają zawodnika do utraty własnego balansu i komfortu wykonania technik, co oczywiście dawałoby szansę przeciwnikowi. Aby odzyskać timing i stabilność zawodnik powinien po wykonaniu czterech technik w kombinacji przerwać ją nawet gdy zakończyła się niepowodzeniem. Powinien przygotować kolejną akcję, kolejną strategię, najlepiej diametralnie różną od tej, która właśnie nie przyniosła pozytywnego efekty. Jest to podyktowane tym, że przeciwnik właśnie już ją poznał, a skoro za pierwszym razem nie dał się na nią nabrać, tym bardziej będzie czujny i teraz.

SASOI-WAZA

Grupa sasoi-waza zawiera w sobie sposoby prowokacji lub tzw. zaproszeń do walki. Sposoby te opierają się o najróżniejsze działania, które zmuszają / zapraszają przeciwnika do wykonania swojej akcji. Wprawiony zawodnik potrafi w mistrzowski sposób sterować sposobami sasoi-waza. Często zdarza się, że przeciwnik jest przekonany iż akcja została podjęta przez niego.

Do sposobów prowokacji sasoi-waza należą:

Notoryczne zmniejszanie dystansu, zwane “naciskaniem” dystansem do takiego momentu, w którym przeciwnik nie wytrzyma i zdecyduje się na wyprowadzenie akcji ataku. W tym momencie zawodnik ma już do wyboru cały wachlarz reakcji z dużej grupy oji-waza.

Użycie potężnego okrzyku - ki-ai, który może przeciwnika zdeprymować lub przestraszyć, rozchwiać mu poziom kontroli emocji, czyli wprowadzić go w poziom kyo psychicznego. Sytuacja ta może również wymusić na przeciwniku początek jego akcji.

Imitacja rozpoczęcia własnego ataku, czyli imitacja własnego kyo poziomu fizycznego.

Imitacja odwróconej własnej uwagi (rozkojarzenia), czyli imitacja własnego kyo poziomu psychicznego.


Samuraje umieli wszystko!!!

Film “Ostatni samuraj” Edwarda Zwicka, pokazujący Amerykanina jako twórcę japońskiej armii, jest historią wyssaną z palca. O prawdziwych samurajach opowiada japonistka prof. Ewa Pałasz-Rutkowska. Doskonały wywiad przeprowadzony przez W3odzimierza Kalickiego ukazał się w Dużym Formacie - magazynie Gazety Wyborczej

W kinie wygląda to tak: samuraja dzierżącego długi miecz otacza kilku przeciwników z podobną bronią. Z wolna zbliżają się, nieruchomieją. Nagle z przerażającym krzykiem ruszają do ataku. Szybkie ruchy, błysk kling. Napastnicy osuwają się martwi. Samuraj odchodzi z godnością. Tak było naprawdę?

Tego się już nigdy nie dowiemy. Stare opisy walk nie są miarodajne, nie wiemy, czy autorów nie ponosiła poetycka fantazja. Ponoć samuraj tak szybko wymachiwał mieczem, że widać było jedynie poświatę ostrza, zaś sam wojownik był niewidoczny zza tej śmiertelnej zasłony. Jak dalece odpowiadało to rzeczywistości? Jedno jest pewne - najlepsi wojownicy dawnych epok musieli dysponować umiejętnościami, o jakich najlepsi współcześni szermierze mogą tylko pomarzyć.

Jakie to były umiejętności?

Dobry szermierz swoim długim mieczem - daito lub kataną - potrafił jednym ruchem przeciąć stojącego przeciwnika od czubka głowy po pachwinę. Potrafił też ściąć jednocześnie kilka głów wrogów. Ale prawdziwe mistrzostwo tkwiło w detalach niezauważalnych dla postronnego obserwatora. Istniało mnóstwo szkół szermierki. Trening uczniów polegał na rozpoznawaniu w ułamku sekundy, jaką techniką szermierczą posługuje się przeciwnik, i na natychmiastowym zastosowaniu sekretnego, wymyślonego przez mistrza przeciwdziałania. Mistrzowie rzeczywiście, jak w popularnych filmach, kończyli walkę pierwszym albo drugim ciosem. Wybitny wojownik mógł rozprawić się mieczem nawet z tuzinem mniej wprawnych przeciwników. Ale prawda jest taka, że dwóch bardzo dobrze wyszkolonych samurajów mogło nie mieć szans na rozpoznanie stylu walki przeciwnika i zastosowanie szermierczej recepty - ciosy obu walczących sięgały celu i obaj padali martwi.

Aby ograniczyć rozlew krwi, nieustannie zaostrzano przepisy dtyczące posługiwania się ostrymi mieczami. A i sami mistrzowie szermierki, skądinąd bardzo dobrze opłacani fachowcy, rzadko kwapili się do konfrontowania swych umiejętności z innymi samurajami. Za dużo mieli do stracenia.

Quentin Tarantino w filmie “Kill Bill” pokazuje nabożny stosunek japońskiego płatnerza do wytwarzanych przezeń samurajskich mieczy. Przesadził?

Miecz był duszą wojownika. Samuraj utożsamiał się z nim całkowicie. Obowiązywało go wiele rytuałów związanych z mieczem. Nie wolno było całkowicie wysuwać ostrza z pochwy, gdyż samuraje wierzyli, że wtedy trzeba klingę zanurzyć we krwi. Jeśli o pokazanie całego ostrza prosił ktoś, komu wojownik nie mógł odmówić, właściciel przed schowaniem broni zacinał się sam.

Samuraj nigdy nie rozstawał się z dwoma mieczami: długim, daito lub kataną, oraz średnim wakizashi albo krótkim tant. Utrata miecza, zwłaszcza sprzedanie go, okrywały samuraja hańbą przechodzącą na potomnych.

Wykuwanie miecza to bardzo skom-plikowany rytuał. Podstawowym problemem dla płatnerza było wytworzenie głowni o możliwie najtwardszym ostrzu, ale tak elastycznej, by podczas uderzenia miecz ani nie pękł, ani się nie wyszczerbił. Osiągano to, przekuwając wielokrotnie kawałki żelaza o różnej zawartości węgla. Rozkuty kawał metalu składano i znów przekuwano. Zanurzano w wodzie o ściśle ustalonej temperaturze i dalej przekuwano - setki, a nawet tysiące razy.

Płatnerz, zanim przystąpił do dzieła, oczyszczał rytualnie swoje ciało, a w określonych momentach wykuwania odziewał się w ceremonialne szaty. W kuźni rozwieszano rytualne ozdby, charakterystyczne dla japońskiej religii shint, mające odpędzić złe duchy. Zgodne z rytuałami musiały być ogień i woda do hartowania. Używano też specjalnej gliny, którą oblepiano część klingi w czasie hartowania. Każdy z wielkich mistrzów strzegł swoich tajemnic produkcyjnych. Byli i tacy, którzy jeden, naj-wyższej jakości miecz tworzyli przez kilka lat. Katany wielkiej klasy sta-nowiły najcenniejszą część majątku samuraja. Dziedziczono je w wielu pokoleniach.

Najlepsi mistrzowie, przejmujący fach z pokolenia na pokolenie, są i dziś bardzo w Japonii cenieni. Na przykład Nisshu^ z rodziny Hon’ami w 1975 roku został uhonorowany tytułem “Żywy Skarb Narodowy”.

Kim był samuraj?

Grupa samurajów zaczęła się kształtować na przełomie VII i VIII wieku n.e. W 702 roku powstał kodeks, który umocował cesarza jako jedynego władcę kraju i jednocześnie oddał mu wszystkie ziemie, do tej pory należące do różnych rodów.

Cesarz miał od tej pory przyznawać ziemię w użytkowanie wszystkim swoim poddanym, zależnie od płci, wieku i pozycji społecznej, a ci mieli płacić podatki, z których utrzymywano dwór i administrację. Ale system, w którym ziemia należała wyłącznie do władcy, szybko zaczął erodować. Gubernatorzy wysyłani ze stolicy w Kioto na prowincję dostawali za zasługi lub po prostu przejmowali coraz więcej ziem na własność i budowali swoje własne domeny, zwane shen. Władza cesarska nie miała tam żadnych wpływów. Pod koniec VIII wieku w shenach zaczęły powstawać lokalne oddziały zbrojne podporządkowane ich właścicielom. Podobne oddziały, służące głównie ochronie, powstawały też na ziemiach państwowych. Na prowincji nasilały się konflikty o ziemię, co zmuszało do dalszego wzmacniania ochrony. Słabsi wojownicy pod-porządkowywali się silniejszym. Tak stopniowo wykształciły się zależności wasalne.

W tym czasie faktyczną władzę na dworze cesarskim sprawował ród arystokratyczny Fujiwara. W XII wieku w stolicy, Kioto, było też nie- spokojnie. Sytuacja zmusiła dwór cesarski i arystokrację do ściągania dla ochrony wojowników z prowincji. I tak znalazły się tu dwa potężne rody: Minamoto i Taira. Cesarze faworyzowali ród Taira, a Fujiwarowie ród Minamoto. Tairowie uzyskali przewagę. Przywódca rodu Minamoto - Yoshitomo - postanowił się zemścić. Uderzył na Tairów. I przegrał. Zwycięscy Tairowie wyrżnęli wszystkich męskich członków rodu Minamoto, od niemowląt po starców. Niemal wszystkich. Na swoje nieszczęście przeoczyli trzech synów Yoshitomo. 20 lat później najstarszy, Yoritomo, zebrał armię i rozpoczął wielką, pięcioletnią wojnę z Tairami, opiewaną później w klasycznej literaturze japońskiej. Zmagania zakończyły się zwycięstwem Minamotów w wielkiej bitwie morskiej w zatoce Dannoura, dzisiejszej cieśninie Shimonoseki. Minamoto Yoritomo utworzył w Kamakurze rząd wojskowy bakufu - rządy pod namiotem. W 1192 roku cesarz przyznał mu tytuł seii taishoguna - wielkiego generała podbijającego barbarzyńców. Od tego czasu aż do roku 1868 Japonią rządzili wojskowi, głównie szogunowie. Cesarze utracili realną władzę.

W cieniu walk o władzę najwyższą w kraju kształtowała się klasa zawodowych wojskowych. Na scenie historii pojawili się samuraje.

Sama nazwa wywodziła się od czasownika samurau, służyć u czyjegoś boku. Początkowo samurajami nazywano wojowników służących w gwardiach cesarskich i u najwyższych dostojników dworskich. Później, w okresie Kamakura, w wiekach XII-XIV, samurajem był każdy wojownik wysokiej rangi, który walczył konno. W okresie Edo (wieki XVII-XIX) nazywano tak bezpośrednich wasali szoguna lub panów feudalnych daimy , władców udzielnych księstw.

Czy utrzymanie samuraja było kosztowne?

Niewątpliwie tak. Pan feudalny musiał opłacić nie tylko samuraja i jego rodzinę, ale także jego wasali i służbę, zwykle kilkadziesiąt osób. Uposażenie wypłacane było w ryżu. Miarą było koku, mniej więcej 180 litrów ziarna. Taka ilość wystarczała do utrzymania człowieka przez rok.

Ale był to wydatek niezbędny. Liczba zbrojnych wasali była świadectwem potęgi daimy. A co ważniejsze, bez własnych wojowników wielcy panowie byliby skazani na zagładę. W kraju, w którym niemal bez przerwy toczono wojny, samuraje musieli mieć uprzywilejowaną pozycję.

I mieli. Byli mistrzami nie tylko w posługiwaniu się mieczem, ale i łukiem. W ich rękach była to straszliwie skuteczna broń.

Ale samurajowie byli także elitą kulturalną. Kształcono ich starannie od najmłodszych lat. Głównie w domu. W okresie Edo szkoły dla dzieci sa-murajów zakładali daimy. Wiedzę zdobywali w nich i chłopcy, i dzie-wczynki. W wieku pięciu lat chłopcy otrzymywali pierwsze, dziecięce miecze. Naturalnie uczono ich bushido, etosu wojownika, posługiwania się bronią, dowodzenia na polu walki. Ale ważną rolę grało wykształcenie daleko wykraczające poza wiedzę wojskową. Uczono czytania i pisania, kaligrafii, klasycznej literatury chińskiej, prawa, retoryki, medycyny, zasad prowadzenia polityki, astrologii, matematyki. Uczono także poezji japońskiej i klasycznej chińskiej, między innymi po to, by w obliczu samobójczej śmierci wojownik mógł napisać swój pożegnalny krótki wiersz.

W shoenie Chshu^ , dziś to prefektura Yamagata, specjalnie dla samurajów skonstruowano przenośne składane instrumenty, na przykład shamisen ze składanym gryfem, by mogli muzykować podczas podróży.

Kiedy chłopiec z samurajskiej rodziny stawał się samodzielnym samurajem?

W wieku 15 lat. Otrzymywał wtedy prawdziwe samurajskie miecze, długi i krótki. Jego długie włosy związywano z tyłu głowy i upinano na czubku, a z przodu, nad czołem, golono.

Fryzura zastrzeżona dla samurajów?

Tak. Po niej zawsze można było rozpoznać wojownika. I po czym jeszcze?

Po dwóch mieczach oczywiście. I po spodniach hakama, szerokich, plisowanych. Prawo do noszenia spodni mieli tylko wojownicy. Charakterystyczne, że długość spodni samuraja odpowiadała jego pozycji w hierarchii bushi, wojownika. Im była wyższa, tym dłuższe przysługiwały mu spodnie.

Jakimi zasadami miał kierować się samuraj?

Zasady te zawarte są w bushidoo, drodze wojownika, która jako apoteoza etosu samurajskiego wykształciła się w XVIII wieku, ale zasady te definiowano stopniowo już od XI wieku. Pierwszy kodeks dotyczący wojowników powstał w wieku XIII. Najbardziej szczegółowe przepisy wydawano w okresie Edo, paradoksalnie właśnie wtedy, gdy Tokugawa Ieyasu zakończył dzieło zjednoczenia kraju, ustanowił stabilny szogunat i samurajowie przestali być czynnymi wojownikami. To znaczy szkolili się w technikach walki, staczali pojedynki, ale nie byli już wykorzystywani jako siła zbrojna w regularnych konfliktach. Mieli spokój i dużo wolnego czasu.

Potem powstało jeszcze kilka innych dzieł składających się na opis etosu wojownika. Wielki wojownik Miyamoto Musashi spisał kodeks “Gorin–no sho”, “Księga pięciu kręgów”. Gdy wydano go w XX wieku, zauważono, że w istocie jest dziełem o prakseologii, sztuce osiągania celów, podręcznikiem, który może uczyć, jak osiągnąć sukces w biznesie.

Naczelną zasadą samuraja była bezwzględna wierność swojemu panu. Nie miał prawa kwestionowania żadnego jego polecenia. Pan mógł nawet zażądać od wasala popełnienia seppuku, rytualnego samobójstwa. Samuraj powinien bez wahania poświęcić życie swoje i swojej rodziny dla dobra pana.

Literatura japońska opiewa postać pana Sugawary Michizane, samuraja z IX wieku. Z jakichś powodów został skazany na banicję. Jego przeciwnicy postanowili - rzecz w historii Japonii nierzadka - wymordować wszystkich męskich potomków jego rodu, by zabezpieczyć się przed rodową zemstą.

Jedyny syn pana Sugawary, kilkuletni chłopiec, znajdował się pod opieką Genzo, wasala pana Sugawary. Zabójcy dotarli do Genzo i zażądali głowy syna jego pana. Genzo nie wyobrażał sobie zdradzenia swojego pana i jego synka. Wmówił oprawcom, że jego jedynak to syn Sugawary. ?ciął swemu dziecku głowę i wręczył im jako dowód śmierci syna Sugawary.

Prawdziwi wojownicy powinni koncentrować się wyłącznie na służbie swemu panu i na walce. Powinni być opanowani i kurtuazyjni wobec innych wojowników.

W obliczu nieprzyjaciela samuraj nie miał prawa do uczucia lęku. Powinien przystępować do walki mężnie, obojętny wobec śmierci. Miało to swój sens praktyczny. Samuraj walczący z całkowitą pogardą dla własnego życia był niesłychanie niebezpiecznym przeciwnikiem.

Dla samuraja nie istniało pojęcie honorowej kapitulacji, silnie zakorzenione w kulturze europejskiej. Każda kapitulacja była niehonorowa. Przegrywający samuraj powinien rzucić się na przeciwników i - zanim zginie - zabić ich jak najwięcej. Jeśli okoliczności to uniemożliwiały, powinien popełnić seppuku.

Skąd ta wrogość do honorowej kapitulacji?

Samuraj nie mógł i nie potrafił pogodzić się z przegraną. A poza tym w praktyce każda kapitulacja kończyła się źle - torturami i śmiercią w niewoli.

Dlaczego honorowe samobójstwo - seppuku - było tak okrutne?

Japończycy uważali, że życie emocjonalne, szczere uczucia człowieka skupione są w jamie brzusznej. Stąd seppuku w głębszym, duchowym sensie oznaczało uzewnętrznienie prawdziwych uczuć.

Seppuku traktowano jako przywilej wojownika - dla ludu było niedostępne. Popełniano je z różnych powodów. Po śmierci pana jego samuraje popełniali seppuku z żalu, nie chcąc żyć dłużej niż ich suzeren.

To paranoiczna zasada - gdy wierni samuraje umierają, ród pana pozostaje bezbronny.

W okresie Edo zakazał ich szogun. Zresztą mądrzy panowie sami zabraniali swym wasalom udawania się za nimi w zaświaty. Zrobił to też pan Nabeshima Mitsushige, daimy Hizen (dzisiejsza prefektura Saga). Dzięki temu jeden z jego wasali, pan Yamatomo Tsunetomo, choć z za-kazem seppuku trudno mu się było pogodzić, dziesięć lat po śmierci pana Nabeshimy mógł podyktować jeden z podstawowych kodeksów samurajskich - “Hagakure”, “Ukryte w listowiu”.

Ceremonialne samobójstwo było także wyjściem honorowym z sytuacji bez wyjścia, gdy samuraj doznał obrazy, a nie mógł jej krwawo zmazać. Gdy sprzeniewierzył się woli pana albo popełnił przestępstwo, samobójstwo dokonane jeszcze przed zapadnięciem wyroku było jedyną honorową drogą. W dodatku pozwalało rodzinie samuraja uniknąć konfiskaty majątku.

Czasami samurajowie skrzywdzeni przez swego pana wybierali seppuku jako formę milczącego protestu. Wielu wojowników uważało jednak taki czyn za niedopuszczalny. Życie samuraja należało przecież do pana i wojownik nie miał prawa odbierać go sobie bez jego zgody.

Samurajowie uważali seppuku za śmierć honorową i piękną. Cóż pięknego jest w wypruciu sobie wnętrzności?

Ceremonialne samobójstwo wymagało wypełnienia wielu rytuałów. Samuraj musiał najpierw uspokoić się, oczyścić duszę z namiętności i emocji. Wtedy sięgał po pędzelek, by wykaligrafować krótki przedśmiertny wiersz, zawierający przesłanie dla rodziny i najbliższych wasali.

Co miał do powiedzenia potomności?

Jednym z moich ulubionych bohaterów jest pan Saig Takamori, samuraj żyjący w XIX wieku. Należał do tych samurajów, którzy obalili szogunat i w 1868 roku przywrócili władzę cesarzowi. Wierny, oddany, dzielny, skromny, uważany był za wzór cnót samuraja. Ale nie mógł pogodzić się z faktem, że klasa samurajów ostatecznie zakończyła żywot, że zapomniała o nich rządząca oligarchia. W różnych miejscach Japonii wybuchały bunty samurajów. W 1877 roku na czele największego z nich stanął nieoczekiwanie właśnie Saig Takamori. Armia cesarska pokonała 30 tysięcy zbuntowanych samurajów i pan Saig w beznadziejnej sytuacji postanowił popełnić seppuku. Zaczął od napisania wiersza. Podaję go w swoim tłumaczeniu: “Walcząc w sprawie cesarza,

Wiedziałem, że koniec mój bliski
Co za radość umierać jak
Zabarwiony jesienią liśc Tatsatuy
zanim zniszczą go jesienne deszcze”.

Co znaczy liść z Tatsuty?

Panu Saig chodziło o znane mu miejsce, gdzie jesienią szczególnie pięknie czerwienieją drobnolistne japońskie klony.

W tym haiku dobrze widać, co dla samuraja było ważne: wierność panu, brak lęku przed śmiercią, umiłowanie natury i dbałość, by samemu umrzeć pięknie.

Piękno własnej śmierci zapewniały liczne rytuały seppuku. Samuraj dokonywał go w ustronnym miejscu, sprzyjającym skupieniu. Przywdziewał białe kimono. W dawnych czasach samuraje ponoć zawsze nosili puzderko z ryżowym pudrem, by w razie konieczności popełnienia seppuku upudrować policzki, ukryć bladość psującą piękno ich śmierci.

Rozcięcie powłok brzusznych było oczywiście bardzo nieestetyczne. Samuraje radzili sobie z tym, podwiązując podbrzusze białą przepaską. Potem związywali sobie stopy, by w trakcie agonii nie rozrzucić nóg w niekontrolowany sposób. Wtedy pozostało już tylko rytualne wypicie czarki sake i sięgnięcie po miecz wakizashi. Były rozmaite rodzaje cięć. Podstawowe polegało na rozcięciu powłok brzusznych najpierw ruchem poziomym, od lewej ku prawej, a potem cięciu pionowym. Bywały w historii i takie przypadki, że zdeterminowany samuraj dokonywał trzech dużych poziomych cięć. Wymagało to straszliwej odporności na ból.
Samuraj nie dokonywał seppuku sam. Wielką rolę pełnił w tym ceremoniale pomocnik zwany kaishaku. Cięciem katany ścinał konającemu samobójcy głowę. Skracało to cierpienia samuraja. Kaishaku zadawał cios w taki sposób, by głowa trzymała się szyi na skrawku skóry i nie potoczyła się po macie. Zwłoki koniecznie powinny wtedy upaść na brzuch. Gdyby stało się inaczej, seppuku byłoby nieestetyczne i niehonorowe.

Skąd u samurajów tak powszechne umiłowanie piękna natury?

Samuraj żył w cieniu śmierci. ?mierć opiewały klasyczne dzieła literackie. Podstawowy spisany kodeks bushido, “Hagakure”, jest jednym wielkim traktatem o konieczności i pięknie umierania. Wojownicy mieli poczucie życia chwilą. Oczywiście nie w tym sensie, jaki znamy z kultury europejskiej - alkohol, kobiety, dzika zabawa. Samuraj żył chwilą powściągliwie, cieszył się każdym przejawem piękna natury. Stąd brało się to obsesyjne podziwianie uroków pejzażu, drzewa, krzewu, kwiatu, kamienia nawet. To dlatego poza walką i treningiem samuraje z zapałem oddawali się sztuce ceremonii herbacianej, formowaniu i pielęgnacji małych, misternych ogrodów. Szczególną admiracją wojowników cieszyły się fragmenty natury będące metaforą przemijania, śmierci. Jesienią samuraje obserwowali czerwienienie się liści japońskiego klonu. W kwietniu i w maju z jeszcze większym zapałem asystowali kwitnieniu wiśni. Ta metafora szczególnie celnie oddawała ich los. Kwiaty japońskiej wiśni nie wysychają na drzewie, nie zmieniają barwy. Opadają w pełnym rozkwicie, nie tracąc swego piękna.

W europejskiej kulturze rycerskiej kobieta była obiektem uwielbienia. Dla niej walczono w turniejach, układano pieśni. Czy pozycja kobiety w rycerskiej kulturze bushi, samurajów, była podobna?

Nie, kobieta samuraja zawsze była w cieniu, formalnie nie wtrącała się do świata mężczyzn. Nie do pomyślenia było, by walczyć w jej imieniu z innym wojownikiem. Ale żony wojowników miały ogromny autorytet jako matki samurajów. Samuraje doceniali wagę wykształcenia i mądra, wywiązująca się z obowiązków wychowawczych żona miała w domu bardzo dużo do powiedzenia.

Tym bardziej że japońskie kobiety do perfekcji opanowały sztukę manipulowania swoimi mężczyznami. Były mistrzyniami subtelnych intryg. Tę umiejętność matki przekazywały córkom.

Na dworze szogunów Tokugawa w Edo, dzisiejszym Tokio, kobiety wywierały duży wpływ na politykę.

Kobiety z wyższych kręgów wojowników z reguły były świetnie wykształcone. Doskonale orientowały się w kwestiach kultury i polityki, pisały interesujące utwory literackie, kaligrafowały.

W połowie okresu Edo, około roku 1700, aż 15 proc. kobiet w Japonii umiało pisać i czytać. To był wówczas najwyższy współczynnik na świecie.

Kogo samuraj mógł wziąć sobie za żonę?

Właściwie wyłącznie córkę innego samuraja. Dopiero pod koniec okresu Edo, gdy większość samurajów ekonomicznie podupadła, zdarzały się małżeństwa najuboższych wojowników z córkami bogatych kupców, chłopów lub rzemieślników. To były wykalkulowane transakcje: samuraj zyskiwał środki do życia, czasem dostatniego, a rodzina jego żony status szlachetnie urodzonych.

Czy żonę samuraja obowiązywało bushidoo?

Tak. Kilkuletnie córki samurajów wychowywano przecież wspólnie z ich rówieśnikami, przyszłymi samurajami. Uczono je zasad honorowego postępowania i posługiwania się bronią. Jako dorosłe kobiety nigdy się już nie rozstawały ze sztyletem kaiken. Zwykle ukrywały go w rękawie lub szarfie przepasującej kimono.

Córki samurajów nie posługiwały się mieczami katana, ale zwykle były świetnie wyszkolone we władaniu łukiem i włóczniami. Zwyczajowo zresztą nad drzwiami wejściowymi w domu samurajskim wisiała włócznia. Nie był to tylko symbol. W razie niebezpieczeństwa mieli sięgać po nią domownicy, także kobiety.

Judo, czy jujitsu?

Judo i BJJ w ogromnym zakresie uzupełniają się, jednak naturalna rywalizacja, jaka istnieje pomiędzy praktykami obu systemów jest źródłem nieustannej polemiki na temat “judo kontra brazylijskie jujitsu”. Polemika ta dotyczy prawdziwych początków BJJ, różnicy w technikach i czy w ogóle różnią się one od siebie. Wywiad z braćmi Camarillo, który przeprowadziła redakcja SherdogCom, rzuca nieco więcej światła na ten temat. Rozmowę przetłumaczył Michał Moskalewicz.

Bracia Camarillo należą do rzadkiego rodzaju chwytaczy, którzy wyróżniają się swoimi umiejętnościami zarówno w brazylijskim jujitsu, jak i w judo. Obaj są związani z judo od ponad 20 lat. Trenują i współzawodniczą z dużymi sukcesami z najlepszymi judokami świata. Pojawienie się turniejów mixed martial arts i uznanie jakie zdobyło w nich BJJ spowodowało, że David i Daniel także skierowali swoją uwagę na tę nową sztukę walki. Obecnie są zawodnikami na wysokim poziomie w judo i brazylijskim jujitsu, a David jest oprócz tego instruktorem u Ralpha Gracie. Ich osiągnięcia i zwycięstwa są zbyt liczne, aby je tu szczegółowo przytoczyć; obejmują swym zasięgiem kilka krajów. Bracia Camarillo zajmowali czołowe lokaty w Canadian Judo Open, The US Judo Open, The Senior National Judo Championships, The Joe Moreira BJJ Tournaments i Rickson Gracie Jiu Jitsu Tournaments.

Systemy uzupełniają się

Obydwa systemy walki, tj. judo i BJJ w ogromnym zakresie uzupełniają się wzajemnie, powodując obustronny rozwój technik. Jednak naturalna rywalizacja, jaka istnieje pomiędzy praktykami obu systemów jest źródłem nieustannej polemiki na temat “judo kontra brazylijskie jujitsu”. Polemika ta dotyczy prawdziwych początków BJJ, różnicy w technikach i czy w ogóle różnią się one od siebie. Aby rzucić nieco więcej światła na ten temat redakcja SherdogCom poszukiwała praktyków, którzy osiągnęli wysoki poziom w obydwu tych sztukach walki. Znaleźliśmy Daniela i Davida Camarillo chętnych do rozmowy. Na początku próbowaliśmy się skupić w na polemice na ten temat. Szybko jednak okazało się, że wiedza, przeszłość i doświadczenie braci Camarillo, połączone z ich chęcią do rozmowy i szczerym usposobieniem, są szansą na to, aby zaprezentować temat znacznie obszerniejszy. SherdogCom chce podziękować Danielowi i Davidowi za poświęcenie nam swojego czasu. Dzięki temu prezentujemy obszerny wywiad z braćmi Camarillo, który przeprowadził Ben Turner.

Porozmawiajmy na początku o waszej przeszłości, tak aby czytelnicy zorientowali się skąd pochodzicie. Oboje zaczęliście ćwiczyć judo z powodu waszego ojca, gdy byliście małymi chłopcami?

Daniel: Nasz ojciec rozpoczął treningi, gdy miał 13 lat w 1939 roku w miejscowości San Fernando w Centrum Japońsko-Amerykańskiej Społeczności. Ćwiczył tam około 2 lat. Później przerwał treningi na jakiś czas, ale powrócił do judo, gdy się przeprowadził do Bakersfield w 1971. Ja zacząłem trenować około 1976 mając 4 lata. Pamiętam jak ojciec każdego wieczoru gdzieś wychodził. Pewnego dnia postanowiłem dowiedzieć się gdzie. Gdy zapytałem, odpowiedział, że idzie na judo i spytał, czy chcę iść z nim. Właśnie tak to się zaczęło. Zacząłem treningi w Bakersfield Judo Club. Ojciec właśnie tam trenował. Poza tym mógł jeździć do Los Angeles dwa, trzy razy w tygodniu, aby trenować w klubie Tenri. Na początku lat 80 Tenri było czołowym klubem. Miało 4 olimpijczyków.

David: Tenri zostało tak nazwane po sławnym dojo w Japonii; wielu dobrych zawodników wyszło stamtąd.

Daniel: Ojciec chciał, żebyśmy trenowali tak samo, jak on. W 1984 albo w 1985, gdy miałem 12 lat, ojciec założył swój własny klub i nazwał go South Valley Judo. Ten klub wychował około 30 mistrzów w kategorii juniorów i 4 lub 5 mistrzów w seniorach. W tamtym czasie mieliśmy wspaniałą drużynę. Mogliśmy trenować 6 razy w tygodniu, a gdy zbliżały się ważne zawody, nawet po 7 razy. Pamiętam, że wstawaliśmy o 6 rano w niedzielę, żeby ćwiczyć na domowej werandzie; o tej godzinie było jeszcze bardzo zimno. Naszemu ojcu bardzo zależało, żebyśmy byli dobrzy.

David: Ojciec zawsze marzył, żeby mieć mistrzów judo. Miał nas, więc nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko trenować.

Daniel: Kiedy miałem 18 lat, ojciec miał z tyłu domu taki garaż, który mógł z łatwością pomieścić 5 samochodów, ale żadnych samochodów tam nie trzymał. Rozłożył tam matę; to było oryginalne tatami. Rzuty na tę matę były bolesne. Mogliśmy tam trenować całymi dniami.

David: Ja zacząłem trenować w wieku około 5 lat. Ciągle biegałem po macie, parę razy nawet na niej zasnąłem, ale byłem wtedy bardzo mały. Trenowałem tam aż do klasy maturalnej. Wtedy zdecydowaliśmy, że będę trenował gdzieś, gdzie będzie więcej sparring-partnerów. Przeniosłem sie do Fresno State Judo. Byłem tam przez 2 lata (od 18 do 20 roku życia). W tamtym czasie byłem w Japonii 7 razy. Później nabawiłem się kontuzji kolana i mogłem ćwiczyć tylko w parterze (ne waza). Wtedy poznałem rodzinę Gracie. Ćwiczyłem u nich cały rok dojeżdżając na treningi w każdą sobotę. Droga zajmowała mi 2,5 godziny. Wkrótce zaproponowali mi stanowisko instruktora, więc się tam przeniosłem. Było idealnie, bo miałem judo i jujitsu w jednym miejscu. Od tamtego czasu zacząłem trenować BJJ na stałe. Było to 4 lata temu.

Trenujecie judo od ponad 20 lat. Przez cały czas mieliście różne, często bardzo wyjątkowe okazje do zdobycia doświadczenia na macie. Czy możecie opowiedzieć o ośrodkach, w których trenowaliście oraz o zawodnikach, z którymi wymienialiście doświadczenia na macie?

Daniel: W judo siedzę już od jakiegoś czasu. Mój ojciec był dobrze znany w Japonii. Wydaje mi się, że to z powodu pana Imamury, którego spotkaliśmy we Fresno. Z drużyną jeździliśmy do Fresno niemal w każdy piątek trenować, żeby trenować z Imamurą. We Fresno mieli jeden z najlepszych zespołów w tamtym czasie. Były tam najcięższe treningi, w jakich dotąd uczestniczyliśmy. Z powodu kontaktów ojca z panem Imamurą poznaliśmy wielu czołowych japońskich judoków. Ojciec organizował coroczne międzynarodowe wymiany zawodników z Japonią przez 6 lat. W Japonii byłem 2 razy: gdy miałem 15 i 20 lat. Gdy pierwszy raz poleciałem do Japonii, byliśmy wszędzie - to była wycieczka. Jednak każdego dnia mieliśmy turniej, a później trening z zespołem, z którym mieliśmy ten turniej. Podczas drugiego pobytu w Japonii trenowałem na Uniwersytecie w Chuo. Byłem tam przez 3 tygodnie. Trenowaliśmy przez około 8 godzin dziennie: 2 godziny biegania i 2 razy po 3 godziny treningu w stójce. To było prawdziwe piekło, ale zawodnicy byli tam rewelacyjni; rzucali mnie na prawo i lewo, jak chcieli. Ćwiczyłem z czołowymi zawodnikami japońskimi, np. Yukiharu Yoshitata, który był jednym z najlepszych w Japonii. Częstym gościem w naszym domu był Otsugi Hirofumi, zwycięzca otwartych mistrzostw Ameryki. Trenowaliśmy też z Hiroki Yamamoto, kapitanem drużyny uniwersyteckiej. Trenowałem też z Olegiem Taktarowem, Gokorem Chavichininem, Ralphem Gracie i Nino Schembri.

David: Miałem przyjemność trenować z wieloma mistrzami świata i mistrzami olimpijskimi. Trenowałem w Tsukubie, a stamtąd wywodzą się tacy judocy, jak: Okada, Yoshitaka, Sakai. Treningi judo w Japonii są bardzo intensywne. Treningi w USA są śmieszne w porównaniu z japońskimi. Tam jest więcej sparring-partnerów, a każdy zawodnik prezentuje wysoki poziom techniczny. Tutaj na treningu wybieram sobie kogoś do walki z wagi lekkiej, żeby odpocząć, a w Japonii zawodnicy lekkich wag są niesamowicie agresywni. Czołowi zawodnicy z wagi 60 kg robili ze mną w stójce wszystko, co chcieli, a ja się biję w kategorii 73 kg. W Japonii byłem najdłużej przez 3 miesiące.

Mówi się, że Nino to bardzo dobry zawodnik. Jak się z nim trenuje?

David: Trenowałem z nim zeszłego lata i to było niesamowite. Zmusił mnie do poddania się z 15 razy! Tak jakbym miał biały pas. Jego BJJ jest magiczne. Odklepywałem przy technikach, jakich nigdy nie widziałem. Widziałem jak zawodnicy z czarnymi pasami poddawali się będąc za jego plecami.

Daniel: Po 6 miesiącach przyzwyczaiłem sie do BJJ i mogłem się utrzymać w Akademii, ale wtedy pojawił się zawodnik z czarnym pasem ze szkoły Barra z Brazylii. Miał zostać przez około rok. Okazało się, że to Nino Schembri, jeden z najlepszych zawodników BJJ. Płynność jego ruchów w walce po prostu mnie przeraziła. Po rozpoczęciu walki za każdym razem go rzucałem, a po zejściu do parteru klepałem. Po zejściu do parteru walka trwała około 5 sekund. Chciałbym być kiedyś tak dobry.

A co z judo? Który zawodnik robi na was największe wrażenie?

David: Myślę, że Randy Fergusson jest jednym z najlepszych zawodników. Walczy naprawdę twardo, a poza tym jest dobry zarówno w tachi-waza jak i ne-waza. Dla ciężkich przeciwników jest niesamowicie szybki. Widziałem go na zawodach w 2000. Robi wrażenie.

Gokor zawsze był i jest tematem wielu rozmów. Do tej pory nie mieliśmy dużo okazji, aby oglądać go na zawodach, ale ciągle dochodzą nas wieści, kogo to pokonał, a z kim przegrał. Obaj mieliście okazję trenować z Gokorem. Czy moglibyście zabrać głos w dyskusji na temat “jak dobry jest Gokor”?

David: Gokor to bardzo dobry judoka, miły facet. Zawsze traktował mnie bardzo dobrze. Obecnie w swoim klubie ma kilku bardzo dobrych zawodników.

Daniel: Nasz ojciec trenował z Gokorem w klubie Tenri. Żeby trenować z Gokorem, musiałem jeździć z Bakersfield do Hollywood 2-3 razy w miesiącu. Gdy z nim trenowałem, zawsze sprawiał, że czułem się ważny, że jestem mu potrzebny. Zawsze był dla mnie bardzo miły. Jego judo jest bardzo dobre. Zawsze pokazywaliśmy techniki przed całą grupą. Kiedy walczyliśmy, to zawsze mnie rzucał, ale ostatnim razem czułem, że chyba jestem lepszy od niego. Gdy zaczęły sie odbywać turnieje UFC, usłyszałem, że zajmuje się też sambo. Wtedy też zaczął prowadzić treningi dla chwytaczy. Sparowaliśmy parę razy w parterze. Jest bardzo dobry zarówno siłowo, jak i technicznie.

W jakich okolicznościach zaczęliście trenować BJJ? Czy tylko usłyszeliście o BJJ i postanowiliście spróbować, czy może po prostu zobaczyliście BJJ i od razu przekonaliście się do tej stuki walki?

Daniel: Razem z Davidem byliśmy w Japonii, gdy odbyło się pierwsze UFC. Wróciliśmy prawie w tym samym czasie. David po powrocie miał telefon od znajomego, żeby obejrzał turniej w kablówce. Nic na temat UFC nie wiedzieliśmy, ale znajomy twierdził, że cały turniej wygrał zawodnik, który w ogóle nie uderzał. Wyglądało na to, że używał technik judo. Po oglądnięciu turnieju obaj pomyśleliśmy: “to jest dokładnie to, co my robimy; to jest judo!” Doszliśmy do wniosku, że też moglibyśmy pokonać niektórych z tych gości. Następnego roku, gdy odbył się kolejny turniej UFC, przenieśliśmy sie do Fresno, aby trenować w tamtym klubie. Po jakimś czasie David nabawił sie kontuzji kolana i nie mógł trenować w stójce, tylko w parterze. Dlatego zdecydował się pójść do Graciego i zobaczyć to BJJ.

David: Gdy mieszkałem we Fresno, widziałem Ralpha Gracie, jak walczył w EFC. W tym samym czasie nabawiłem się kontuzji. Mogłem ćwiczyć tylko parter. Sprawdziłem w internecie i okazało się, że Ralph ma własne studio treningowe w Pleasent Hill. To było 2,5 godz. ode mnie. Postanowiłem tam pojechac i spróbować. Pamiętam, że za pierwszym razem byłem bardzo zdenerwowany. Ralph Gracie był tam i patrząc na niego chciałem po prostu uciec, ale on był wyjątkowo miły. Pierwszego dnia pozwolił mi ze sobą trenować. Próbowałem pokazać co potrafię; bardzo się starałem. Nie rozumiałem dlaczego za każdym razem, gdy próbowałem obejść jego gardę, on zakładał mi duszenie. Byłem pod wrażeniem jego wyszkolenia technicznego. Myślałem, że oni są dobrzy w parterze, bo po prostu dużo w nim trenują, ale jedna rzecz była bardzo dziwna. Gdy Ralph walczył ze mną, wcale nie używał rąk.

Daniel: David każdego tygodnia jeździł do Pleasent Hill. Mnie się wydawało, że we Fresno jestem najlepszy w parterze i pomimo ciągłego powtarzania Davida, żebym udał się do akademii Graciego, nie chciałem, ponieważ wygrywałem z Davidem w parterze. Wydawało mi się, że judo jest wystarczająco dobre. Dlatego minęło trochę czasu zanim zrobiłem ten pierwszy krok. Minęły dwa miesiące, a David był coraz lepszy, robił coraz większe postępy. Dlatego zdecydowałem się udać do akademii Graciego.

Jakie były twoje pierwsze wrażenia? Czy myślałeś, że jest to po prostu judo i byłeś sceptyczny co do wartości tej sztuki walki, czy może od razu zauważyłeś skuteczność BJJ?

Daniel: Gdy wszedłem na salę, zobaczyłem zawodników z białymi i niebieskimi pasami. Ja mam w judo 2 dan i pomyślałem: “dlaczego kazali mi założyć biały pasek? Nie miałem go na sobie od ponad 15 lat.” Na macie był talże Cesar z Ralphem. Pierwszy zawodnik, z którym walczyłem, miał niebieski pas. To był dobry zawodnik. Prawie udało mi się przejść jego gardę, dostałem się do pół-gardy i… miałem kłopoty. David powiedział mi, że to i tak nieźle, bo ten koleś był jednym z najlepszych w grupie. Później zmusił mnie do poddania się. Chyba założył mi duszenie. Później walczyłem z Ralphem Rullerem. Ten zapytał mnie, jaki mam stopień w judo. Odpowiedziałem, że 2 dan. Wydaje mi się, że walczył ze mną na “pół gwizdka”. Szybko musiałem mu odklepać, ale jeszcze w tym samym dniu udało mi się go pokonać. Po treningu doszedłem do wniosku, że BJJ jest bardziej techniczne niż siłowe i chciałem nauczyć się jak najwięcej. Miałem problemy z zawodnikami z niebieskim pasem, a przecież byłem mistrzem juniorów USA. Wtedy nie wyobrażałem sobie, jak dobrzy są zawodnicy z purpurowymi, brązowymi i czarnymi pasami. Po paru miesiącach doszedłem do wniosku, czym BJJ różni się od judo. W BJJ skupiamy się na tym, jak wykonać atak bez żadnych błędów i bez dawania przeciwnikowi jakiejkolwiek przestrzeni ruchowej. W BJJ instruktor pokazuje ci każdy najdrobniejszy detal pojedynczego ruchu. Czegoś takiego w judo nikt mi nigdy nie pokazywał.

David: Kiedy ja usłyszałem o BJJ, to myślałem, że to po prostu judo. Myślałem, że zawodnicy BJJ po prostu więcej trenują w parterze. Myślałem, że jestem dobry w parterze, dopóki nie spróbowałem BJJ. Teraz wiem, że się myliłem.

Macie obaj ponad 20-letnie doświadczenie w judo, około 5-letnie w BJJ. Trenowaliście z jednymi z najlepszych chwytaczy w judo, BJJ i sambo. Mając tak wielkie doświadczenie, czy możecie powiedzieć, jak to jest - czy BJJ i judo to dwie różne sztuki walki?

David: Tak, bardzo różne. Judo jest trudniejsze do nauki, ale w BJJ trudniej zostać dobrym zawodnikiem. Myślę, że BJJ ma niekończące się możliwości. Jest tak wiele technik jeszcze nieopracowanych. Niektóre z nich powstają na naszych oczach. Natomiast judo parterowe jest bardzo siłowe, a za to słabe technicznie. BJJ jest czysto techniczną sztuką walki. Im lepszą technikę ma zawodnik, tym mniej siły musi używać. Pamiętam, że rozmawiałem o tym z Nino. Powiedział wtedy, że jeśli musi używać siły do danej techniki, oznacza to, że wykonuje ją źle. Nie zrozum mnie źle - szybkość i siła też muszą być włączone do treningu, ale technika musi być na pierwszym miejscu. Ja np. jestem słaby, nie cierpię podnoszenia ciężarów. W walce to nadrabiam szybkością i sprytem. W judo trening siłowy to oczywista sprawa. Potrafię jednak zwyciężyć siłę. Gdyby nie moje umiejętności w BJJ i szybkość, zginąłbym na macie. Jestem jedyny, który przed zawodami może pozwolić sobie na posiłek. Inni muszą zbijać wagę. Ja wchodzę na wage i mam 2 kg luzu. Jestem mały, a oni są naprawdę olbrzymi.

Porozmawiajmy o tym, jak skutecznie włączać techniki BJJ do walki judo i na odwrót?

David: W BJJ często wykorzystujemy techniki judo, szczególnie w kategorii open. Przede wszystkim rzuty i umiejętność równowagi w stójce. Jednak znacznie częściej wykorzystujemy techniki BJJ w judo. Niestety muszę skupić się na szybkim wykonywaniu danej techniki, ponieważ w judo jest bardzo mało czasu na walkę w parterze. Przepisy faworyzują zawodników lepszych w stójce, niż w parterze. Zacząłem wykorzystywać tzw. latające dźwignie (dźwignie zakładane z pozycji stojącej, zabronione w judo sportowym - przyp. budo.pl). Słyszałem o nich wcześniej, ale do tej pory widziałem je tylko na zawodach jujitsu. Widziałem jak Nino wykonuje sankaku-jime ze stójki i pomyślałem, że ja też mogę spróbować. Zacząłem to robić na treningach i wychodziło. Po prostu wskakiwałem do trójkąta, jednak nie skupiałem się na duszeniu, ponieważ ze względu na limit czasowy mogło się to nie powieść. Zamiast tego szedłem do ręki i wyciągałem dźwignię. Wiele razy robiłem to na zawodach, ale przeciwnicy już to znają. Muszę popracować nad czymś nowym, przede wszystkim nad tachi-waza.

Daniel: BJJ bardzo pomogło mi w zawodach judo. W tej chwili w ogóle nie obawiam się walki w parterze. Kiedyś nie lubiłem parteru, a teraz uwielbiam. Najłatwiejszym sposobem przerwania walki w parterze jest położenie się na brzuchu lub przejście do pozycji żółwia (ręce i nogi podwinięte pod brzuch). W takiej sytuacji sędzia nie widząc postępu przerywa walkę i zawodnicy zaczynają znowu w stójce. To fałszywe poczucie bezpieczeństwa. To naprawdę okropny nawyk i ja tak robiłem. Ciągle możemy obserwować czołowych judoków robiących to samo. Odkąd zacząłem ćwiczyć BJJ nigdy tego nie robię. Ponadto BJJ pomogło mi bardzo w wykorzystywaniu dźwigni, potrafię je założyć prawie z każdej pozycji. A oto, jak judo pomogło mi w zawodach BJJ. W BJJ walka zaczyna się tak jak w judo, w stójce. Niemal za każdym razem jestem w stanie rzucić przeciwnika i rozpocząć walkę od 2 punktów przewagi. W 1998 na zawodach Santa Cruz US Open wszystkim przeciwnikom wykonywałem rzuty i zaraz po rzucie zakładałem dźwignię. Zawodnicy BJJ nie są przyzwyczajeni do mocnych rzutów, dlatego często po rzucie zostawiali ręce do dźwigni. Teraz jednak jest już ciężej. Obecnie nie mamy już takiego komfortu zaskakującego ataku. Nasi przeciwnicy wiedzą, że jesteśmy dobrymi judokami i starają się tę różnicę zniwelować przez przyjmowanie w stójce niskiej postawy i wciąganie nas do gardy.

Czy moglibyście powiedzieć coś o dobrych rzutach judo, które można by wykorzystywać w walkach sportowego BJJ i ewentualnie o dobrych technikach w parterze, które judocy mogliby wykorzystywać dla poprawienia swoich umiejętności walki w parterze?

Daniel: Często na zawodach robię uchi-mata i podcięcia. Zarówno uchi-mata jak i podcięcia znacznie mi pomagają. Wielu moich przeciwników zaraz po rzucie wystawia się do dźwigni. Uchi-mata dobra jest na zapaśników, oni często atakują nogi, a znając uchi-mata bardzo łatwo jest skontrować ich wejścia w nogi.

Jakie obecnie macie stopnie w brazylijskim jujitsu?

David: Ja mam brązowy pas, ale mój pasek się przeciera i wychodzą z niego czarne włókna, tak więc może niedługo… :-)))

Daniel: W 1999 prawie w ogóle nie trenowałem poza paroma tygodniami przed zawodami w Santa Cruz US Open. Pewnie dlatego mam purpurowy pas. Właściwie to nie wiem, dlaczego dlaczego przerwałem te treningi, ale ciągle przypominają mi o tym koledzy z zespołu. To dobrze, bo więcej już tego nie zrobię. Nikomu nie polecam przerwy w teningach, jeśli jej tylko może uniknąć. Wystarczy miesięczna przerwa, żeby ją potem odczuć na macie.

Porozmawiajmy o waszych doświadczeniach w Brazylii. Powiedzcie, gdzie trenowaliście?

David: W Brazylii 2 razy trenowałem w szkole Gracie Barra w ciągu ostatnich 3 lat. Ostatnio byłem tam w lecie przez 2 miesiące. Walczyłem w turnieju dla zawodników z brązowymi pasami. Doszedłem do półfinału, gdzie przegrałem 2 punktami. Trenowałem między innymi z Soca, Nino i Ryanem; wszyscy są naprawdę niesamowici. Trenowałem także z innymi zawodnikami. Jest ich tam wielu i są naprawdę dobrzy. Trening z Nino był szalony. Za pierwszym razem, gdy walczyliśmy (miałem wtedy purpurowy pas) po prostu się ze mną bawił. Mam nawet zdjęcie, gdy raz założył mi duszenie, dźwignię na rękę i na kręgosłup, a nogi miałem wygięte w tył aż do głowy. Odklepałem wszystkie techniki naraz.

Jak porównalibyście sprowadzenia do parteru w judo i zapasach? Czy robicie także treningi zapaśnicze?

David: Zapaśnicze sprowadzenia do parteru są najlepszym sposobem na sprowadzenie przeciwnika do parteru. Natomiast jeśli chodzi o judo, to ze względu na przepisy, typowe sprowadzenia do parteru raczej nie są skuteczne. To z powodu kimon. Po prostu gdy trzymasz mocno za kimono, to przeciwnikowi trudniej jest zrobić typowe sprowadzenie do parteru niż zwykłe rzuty. Jeśli chodzi o mnie, to nigdy nie walczyłem profesjonalnie zapaśniczo. Gdy trenuję bez kimona, to często robię sprowadzenia do parteru, ale nie jestem profesjonalnym zapaśnikiem.

Daniel: Techniki przejść do parteru w judo są bardzo dobre. Wydaje mi się, że te stosowane w zapasach są lepsze, ale nie wszystkie. Judo trenuje się w kimonach, a zapasy bez i chyba dlatego są lepsze. Jednak w judo nauczyłem się czegoś, co nie sądzę, żebyś mógł wynieść z zapasów. Chodzi mi o ruchy przeciwnika. Nie mam na myśli tego, jaką technikę ma zamiar wykonać, ale to, w jaki sposób chodzi po macie i jak sprowokować go do wykonania pewnych ruchów. Np. w judo jednymi z najtrudniejszych do wykonania technik są podcięcia. Aby wyciąć przeciwnika, musisz wyczuć i wiedzieć, gdzie ma zamiar postawić krok, jak duży i na której nodze ma ciężar ciała i oczywiście musisz być szybszy od niego. Właśnie ta wiedza pomaga mi w walce z zapaśnikami. Obecnie trenuję z Batatą. Jest dobry w sprowadzaniu do parteru i czasami tylko to ćwiczymy. W zasadzie jest w tym lepszy ode mnie, ale ja potrafię go złapać na moje podcięcia. Innym sposobem na zapaśników jest uchi-mata. Jak na moją wagę jestem wysoki, moi przeciwnicy są z reguły niżsi ode mnie, dlatego gdy pochylają się, często robię uchi-mata lub podcięcia.

Pomówmy o igrzyskach. Czy poważnie o niej myślicie, i czy to znaczy, że będziecie musieli trochę zaniedbać BJJ na rzecz judo?

David: Igrzyska to mój cel. Jeśli chodzi o mój trening, to nie jestem jeszcze gotowy. Im więcej trenuję BJJ, tym mniej mogę się skupić na tym, co jest konieczne do osiągnięcia mojego celu. Gdy wróciłem z Japonii, byłem w bardzo dobrej formie i miałem bardzo dobrą technikę, ale zrobiłem sobie dwuletnią przerwę, żeby móc skupić się na BJJ. Zauważyłem dużą różnicę w mojej walce w parterze, ale równocześnie ucierpiała na tym moja stójka. Mistrzostwa kraju w 1999 były moimi pierwszymi zawodami po tej dwuletniej przerwie. Miałem 7 walk przegrywając tylko jedną z Jimmy Pedro. Myślę, że byłem dobrze przygotowany psychicznie, a to jest bardzo ważne w sportach indywidualnych.

Daniel: Zawsze chciałem jechać na Olimpiadę, ale muszę przyznać, że nie trenowałem wystarczająco ciężko. Owszem, byłem w Japonii i trenowałem tam ciężko, ale jak tylko nadarzyła się okazja, żeby oderwać się od judo, to z niej korzystałem. Wszyscy zawsze mi powtarzali, że mam szansę być jednym z najlepszych, ale nigdy nie traktowałem tego poważnie, co zawsze denerwowało mojego ojca. Często wolę spędzać czas z moimi przyjaciółmi zamiast trenować. W końcu jednak nadszedł czas, że musiałem sam zatroszczyć sie o swoje utrzymanie i wtedy było już za późno. Musiałem podjąć pracę. Jak człowiek jest zmuszony utrzymywać się sam, to potrzeba sporo pieniędy i zaczyna brakować czasu na inne rzeczy. Dlatego rzuciłem judo zaraz po mistrzostwach kraju w 1997. Myślę, że to miało związek z moją dziewczyną i moimi rodzicami. W tym czasie chodziłem tak bardzo zestresowany, że w czasie mistrzostw ważyłem ok. 74 kg, gdy moja normalna waga to ok. 80 kg. Krótko przed tymi zawodami w 1996 odbyły się na Florydzie zawody “National Leader”. Podczas tych zawodów wszystkie walki kończyłem w ok. 30 sekund. Ale wszystko, co działo się wokół mnie, sprawiło, że potrzebowałem trochę odpoczynku i dlatego zdecydowałem się przeprowadzić nad zatokę, żeby trenować z Ralphem Gracie.

Powiedzcie, w jakich zawodach macie zamiar wystartować? Czy myślicie o Abu Dhabi?

Daniel: Uwielbiam walczyć w zawodach i mam nadzieję, że niedługo będę, ale niestety muszę sam płacić za wszystkie swoje wyjazdy i przez to jest bardzo ciężko. W lutym chciałem walczyc w zawodach w Las Vegas, ale spróbuje zaoszczędzić trochę więcej pieniędzy i wystartować w Pan Ams. Natomiast jeśli chodzi Abu Dhabi, to nawet o tym nie myślałem, to “działka” Davida. Ja po prostu zbyt mało trenuję bez kimona, chociaż powinienem więcej. Dlatego może kiedyś pomyślę o Abu Dhabi, a narazie chciałbym zrobic brązowy, a potem czarny pas.

David: Miałem zamiar walczyć w Las Vegas, ale podczas treningu złapałem kontuzję barku; mam pecha do kontuzji. Dotychczas w jujitsu mam za sobą tylko jedne mistrzostwa świata. W półfinale przegrałem ze zwycięzcą. Jeśli chodzi o Abu Dhabi, to chciałbym tam walczyć, ale teraz trenuję w kimonie i chcę zdobyć czarny pas. Właśnie na tym teraz próbuję się skupić, próbuję eliminować błędy popełniane w walce.

Czy myśleliście o tym, żeby pozyskać sponsorów?

David: O tak, pieniądze są nam bardzo potrzebne.

Daniel: Obecnie mam kilku sponsorów: Howard Combat Kimonos, OnTheMat.Com. Howard to bardzo miły facet, jest profesjonalistą. Jeśli chodzi o OnTheMat.Com, to trenuję z razem nimi. Chciałbym znaleźć kolejnego sponsora, który płaciłby za moje podróże. Wyjazdy na zawody są bardzo kosztowne. Są zawodnicy, którzy mają duże możliwości, ale nie mają pieniędzy. Takim zawodnikom potrzebne jest umożliwienie dojazdu na zawody. Jeśli chodzi o Howarda, to zawsze będę lojalny wobec niego i zawsze będę nosił jego kimona. Gdy będę miał na swoim koncie więcej występów, to pomyślę poważnie o sponsorze, który opłacałby moje wyjazdy. Nie wiem, czy Howard wspomaga któregoś zawodnika w ten sposób; chyba będę musiał go zapytać.

Czy jest ktoś, z kim szczególnie chcielibyście walczyć? Pewnie nie chcecie wymieniać nazwisk zawodników, do których macie jakieś urazy, ale czy są tacy, którzy mogliby wam rzucić wyzwanie i chcecie z nimi walczyć?

Daniel: Chciałbym walczyć z każdym, kto jest w mojej kategorii. Zawsze poważnie traktuję to, jaki poziom reprezentuję, a jaki mógłbym lub powinienem. Z tego, co wiem, to bracia Serra są w mojej kategorii i mówi się, że są bardzo dobrzy. Jeśli chodzi o wyzwania, to nie wiem. Ale zaraz, we Fresno jest ktoś, kogo niedawno poznałem - nic nie robi, a są przez niego problemy. Gdy go poznałem, twierdził, że uzyskał od Ralpha Gracie czarny pas i że jeśli ktoś rzuciłby mu wyzwanie, to byłby pod jego ochroną. To przed tym, jak poznałem Ralpha, a jak go poznałem, to zapytałem o tamtego faceta. Okazało się, że w tamtym czasie Ralph nie nadał nikomu nawet purpurowego pasa. Gdy powiedzieliśmy to temu kolesiowi, to zmienił swoją historyjkę i stwierdził, że to Rorion nadał mu czarny pas. Ten facet twierdzi, że ma czarny pas w BJJ i zdziera pieniądze z ludzi, którzy mu uwierzyli. Jeden z naszych uczniów, który ma niebieski pas, walczył z nim i wygrał. Ten koleś oczernia mnie i Davida, dlatego chciałbym mu rzucić wyzwanie; on nazywa się Phil Shneedly. Nie lubię nikogo wyzywać do walki i mieć z tego powodu jakieś problemy, ale jeśli ktoś twierdzi, że jest kimś, kim nie jest i nie potrafi udowodnić swoich teorii, a na dodatek źle mówi o nas i o Ralphie, to chcę mieć w tej sprawie coś do powiedzenia.

David: Myślę, że w Brazylii jest wielu zawodników, z którymi warto walczyć, ale jeśli chodzi o zawody jujitsu, to nie przepadam za nimi. Wolałbym znów walczyć na Worlds, ale najwięcej satysfakcji czerpię z samej nauki. Gdy uczę się nowych rzeczy i trenuję z kimś, z kim do tej pory nie ćwiczyłem, jak np. w Brazylii, to czuję się otwarty i czuję, że moje jujitsu się wzbogaca. Uwielbiam też, gdy Ralph pokazuje nowe techniki; on jest naprawdę niesamowity. Zna bardzo wiele przejść i ataków; jestem szczęściarzem, że jest moim trenerem.

Wielu ludzi debatuje na temat zasług BJJ i judo. Są głosy, że BJJ to po prostu judo w parterze. Co wy na to?

Daniel: Judo byłoby lepsze w parterze, gdyby nie przepisy. W walce w parterze w judo musisz być bardzo aktywny, bo jak nie, to sędziowie zaraz przerywają i zaczyna się stójka. Większość judoków nie lubi parteru i po zejściu w dół od razu kładą się na brzuch czekając na komendę mate (stop). Zawodnicy mają złe nawyki. Mnie też zabrało trochę czasu, aby się ich pozbyć. Nie byłem w żadnej szkole w USA lub Japonii, gdzie pokazywano by techniki tak, jak w szkołach BJJ.

David: Przede wszystkim muszę zacząć od tego, co reprezentuję. Przede wszystkim jestem uczniem Ralpha Gracie. Każdy, kto go zna, zna też jego styl walki. On jest fighterem. To, co od niego się nauczyłem to jest jujitsu ofensywne, a nie po prostu jujitsu. Dlatego, gdy porównuję judo i jujitsu, to porównuję judo i Ralpha. Mam książkę Kashiwazaki prezentującą niesamowite techniki. Autor jest jednym z najlepszych Japończyków w parterze. W książce tej znalazłem wiele technik, których się nauczyłem na jujitsu, ale widziałem też takie, których z różnych powodów nigdy bym nie stosował. Przede wszystkim nigdy nie stosuję trzymań. Każdy, kto widział moje walki judo, wie, że żadnej nie wygrałem przez trzymanie. Nawet na treningu ich nie stosuję. Jeśli nie walczy się wg przepisów judo, to trzymania są bezużyteczne. To sprawia, że zawodnicy nie atakują dalej mając kogoś w trzymaniu. Po prostu czekają 25 sekund na gong kończący walkę. W judo także inne rzeczy odgrywają istotną rolę: szybkość, zwinność, siła i wytrzymałość. Dla mnie to nie ma nic wspólnego z techniką. Gdy obserwuję potężnego zawodnika, który “forsuje” swoje techniki, to jakoś nie wierzę, że dobrze wykorzystuje on swoje umiejętności techniczne dla osiągnięcia pożądanego rezultatu.
Myślę, że w judo kluczem do sukcesu jest siła. Owszem, technika judo też stoi na wysokim poziomie, ale nigdy nie widziałem w judo bardzo dobrego technicznie zawodnika, który jednocześnie nie byłby silny. Natomiast w BJJ obserwuję to cały czas. Zawsze powtarzam moim studentom, że muszą znać trzy rodzaje jujitsu: szybkie, wolne i obydwa. Wolne rzuty w judo to jest coś, z czym się walczy. Zawsze mówi się zawodnikowi, że wszystkie rzuty należy wykonywać z pełną szybkością. To, co robi na mnie wrażenie w BJJ, to widok ledwie poruszającego się zawodnika, który mimo to zmusza przeciwnika do poddania się. Właśnie teraz pracuję na tego typu walką - slow game, ale szybkościowe treningi lubię i są one również potrzebne. Dla tych, którzy znają obydwie sztuki walki, judo i BJJ, jest oczywiste, że różnią się one od siebie, zarówno w sposobie wykonywania technik, jak i w celu, do którego dążą. Nigdy ie usłyszysz o zawodniku BJJ, który twierdzi, że jest najlepszy w stójce, chociaż musi jej używać. Natomiast judocy często opowiadają bzdury, jacy to są dobrzy w parterze; często nawet twierdzą, że judo i jujitsu to to samo. Po treningu z Nino nigdy nie spotkałem judoki, który poziomem zbliżyłby się do niego, jeśli chodzi o walkę w parterze. Kiedyś miałem problemy z judokami, którzy pod adresem mojego trenera i moim wypowiedzieli parę niemiłych słów. Poszedłem na trening judo, gdzie był zawodnik uważany za bardzo dobrego w parterze. Był bardzo silny, większy i cięższy w parterze. Sparowaliśmy razem. On ciągle robił błędy próbując obejść moją gardę. Ja wykorzystując te błędy, założyłem mu parę razy dźwignię. Za każdym, gdy wracałem do tej pozycji, robiłem mu to samo. Jego to bardzo zdenerwowało i wskoczył od tyłu na mnie z całą wściekłością. Zrobił tak 2 razy. Za drugim razem wkurzyłem się, trochę go sponiewierałem i wymieniliśmy parę cierpkich słów. Powiedziałem mu, że z nim skończyłem i żeby nie zaczynał na nowo walki. Gdy chciałem walczyć z innym przeciwnikiem, powiedział, że dalej chce się ze mną bić. Odpowiedziałem mu, że nie chcę żadnych problemów i opuściłem trening.

Co dzieje się, gdy na macie walczysz z judokami?

David: To zależy od zawodników, ale z reguły wykorzystuję ich błędy. Trenuję także, aby radzić sobie z bardzo silnymi przeciwnikami. Czasami, gdy walczę z zawodnikiem judo, który mnie nie zna i jest ode mnie znacznie większy, to strasznie się wścieka, gdy z nim wygrywam. Nie rozumiem tego. Myślą, że powinni mnie zniszczyć samą wagą i siłą. Szczerze mówiąc, to bardzo fajne uczucie pokonać kogoś takiego. Jestem zadowolony, że jestem mały. Dzięki jujitsu nigdy nie czuję, że chciałbym być duży. Czasami, gdy trenuję z zawodnikami judo, mam małe problemy. Był jeden taki, co chciał zobaczyć, jak wyglądają moje dźwignie. Był olimpijczykiem. Gdy wziąłem go w gardę, nic nie zrobił! Tylko złapał mój pasek i przycisnął mnie do maty. Był taki silny, że nie mogłem się ruszyć. Mówimy o zawodniku cięższym ode mnie o ok. 25 kg. To udowodniło jedną rzecz - on nie posiadał żadnej techniki w parterze. Po drugie bronić się jest zdecydowanie łatwiej, niż atakować. Gdy walczę z kimś, kto boi się mojego jujitsu i tylko przyciska mnie do maty, a przy tym jest dużo cięższy ode mnie, to czasami mam trudności. Po tym doszedłem do wniosku, że muszę też ćwicyć walkę z przeciwnikami defensywnymi. Dlatego teraz już znacznie więcej potrafię zrobić w takiej sytuacji, niż przedtem. Oczywiście ten olimpijczyk dużo później mówił, ale przywykłem do tego, że judocy dużo mówią.

Daniel: Czasami wpadam na matę do San Jose State Judo Club z moim bratem. Oni są dobrzy w parterze (druga czołowa sekcja judo w USA), ale gdy z nimi walczymy w ne-waza, to nie mamy żadnych problemów.

Parę razy walczyłeś z Jimmy Pedro. Powiedz, kim on jest, abyśmy wiedzieli, z kim miałeś do czynienia na zawodach?

David: Poprawka, raz z nim walczyłem. Jeśli trenujesz judo i nie wiesz, kim jest Pedro, to źle. Jest mistrzem świata z 1999. Jest wielkim judoką i na krajowych mistrzostwach szybko się ze mną uporał. W mojej opinii jego judo jest najlepsze na świecie mimo, iż dziś nie jest czynnym zawodnikiem.

Daniel: Na tych mistrzostwach David i Pedro parę razy byli w parterze. David 2 razy zagroził Jimmy’emu, ale ten podniósł go z maty. Innym razem Jimmy znalazł się w gardzie Davida; David bronił się samymi nogami. To było ponad rok temu, obecnie David jest znacznie lepszy i nie sądzę, żeby miał problemy w parterze.

Dziękujemy Michałowi Moskalewiczowi za udostępnienie tłumaczenia

BOKSERSKIE REGUŁY LONDYŃSKIEJ NAGRODY RINGU

Reguły Londyńskiej Nagrody Ringu były kanonem przepisów przyjętych w 1838 roku, zastępując obowiązujące od 1743 roku reguły Broughton’a. Były właściwie ich rozbudowaną wersją zawierającą zmiany i uzupełnienia, wynikające z modyfikacji jakim ulegały przepisy stworzone przez Broughton’a. Mężczyźni nadal walczyli gołymi pięściami i dozwolone im było chwytać i dokonywać rzutów. Nie było podziału na rundy. W przypadku upadku jednego z walczących poprzedzonym ciosem lub rzutem, dawano mu 30 sekund na dojście do siebie i kolejne 8 sekund na ustawienie się przy linach albo w środku ringu, gdzie wyznaczone były linie startowe.

Walka mogła zakończyć się, gdy zawodnik po upadku, nie był gotowy do kontynuowania pojedynku w wyznaczonym czasie; gdy jeden z zawodników się poddał; gdy obydwaj z walczących zgodzili się co do remisu; w przypadku interwencji policji. Wymiary ringu zostały sprecyzowane (24 stopy - 7,3152 metra). Zabroniono faulowania, jak uderzanie głową, przyciskanie do lin, drapanie, gryzienie, szczypanie, kopanie, czy wkładanie twardych przedmiotów w dłoń. Przepisy zawierały również klauzulę jak radzić sobie z zakładami w przypadku interwencji instytucji prawa, ciemnością, bądź nastąpionego odwołania walki. Reguły zostały szczegółowo rozszerzone w 1838 i 1853 roku.

Bokserskie reguły Broughton’a

BOKSERSKIE REGUŁY BROUGHTON’A

Jack Broughton (1703-1789), trzeci mistrz Anglii wagi ciężkiej, ojciec angielskiego boksu, uczeń James’a Figg’a (mistrz walki gołymi pięściami). Nauczał boksu w swojej arenie przy Oxford Road w Londynie. “Amfiteatr Broughton’a” został przez niego otwarty w 1743 roku, kiedy to również zaproponował swoje reguły walki bokserskiej. Jego podopieczni tak obijali się podczas treningów, że nie byli wstanie podjąć walki, do której zawzięcie się przygotowywali. To doprowadziło do pewnego rozwiązania, do którego doszedł Jack. Wprowadził zastosowanie wygłuszaczy (ang.mufflers), wczesnej wersji rękawic bokserskich. Reguły Broughton’a były zasponsorowane przez Trzeciego Księcia Cumberland (ang. The Third Duke of Cumberland), którym był William Augustus, człowiek zafascynowany krwawymi sportami.

  1. Kwadrat o ograniczonej przestrzeni ma być wyznaczony w środku sceny. Przed każdym wznowieniem, poprzedzonym upadkiem, bądź wypadnięciem walczącego poza wyznaczony kwadrat, każdy z sekundantów ma przyprowadzić swojego zawodnika do boku kwadratu (przy lini) i ustawić go przodem do przeciwnika, i dopóki nie są gotowi do rozpoczęcia walki, nie powinno być dopuszczone jednemu uderzyć drugiego.
  2. W celu zapobieżenia jakichkolwiek nieporozumień w czasie, w którym zawodnik leży po upadku, jeżeli sekundant nie doprowadzi go do boku kwadratu w przeciągu pół minuty, powinien być uważany za pokonanego.
  3. W każdej głównej bitwie, rzadna osoba nie powinna być na scenie, poza głównymi (zawodnikami) i ich sekundantami. Te same reguły do zaobserwowania w walkach bye-battles (kiedy jedna z osób się poddaje), z wyjątkiem, że w tych drugich, Pan Broughton jest dozwolony przebywać przy scenie, aby utrzymywać standard walki, oraz by asystować dżentelmenom w powracaniu do ich miejsc, czyniąc to bez mieszania się w ferwor walki. Każdy kto próbuje złamać te zasady, powinien być natychmiastowo wyproszony z pomieszczenia. Każdy w sali ma uciszyć się tak szybko, jak tylko mistrzowie są oddzieleni od siebie, przed wznowieniem starcia.
  4. Rzaden z mistrzów nie ma być uważany za pokonanego, chyba że nie uda mu się podejść do lini w wyznaczonym czasie, bądź jego własny sekundant ogłosi go pokonanym. Rzaden sekundant nie może być dopuszczony zadawać przeciwnikowi swojego zawodnika rzadnych pytań, albo doradzać my poddanie się.
  5. W walkach bye-battles, 2/3 z pieniędzy otrzymanych przez wygranego, ma być publicznie rozdzielone wśród zgromadzonych, pomijając jakiekolwiek prywatne umowy twierzące coś innego.
  6. W celu zapobieżenia wątpliwościom, w każdej głównej bitwie, główni powinni podczas wchodzenia na scenę, wybrać spośród obecnych dżentelmenów, dwóch sędziów (którzy upewniają się, że walka przebiega zgodnie z regułąmi), rozstrzygających wszystkie mogące powstać nieporozumienia. Jeśli tych dwóch sędziów nie potrafi dojść do zgody, powinni wybrać trzeciego, którego zadaniem jest zdecydować.
  7. Rzaden z walczących nie uderza swojego rywala, gdy ten znajduje się na ziemi, bądź chwytać go pod kolano, za bryczesy, albo inną część poniżej pasa mężczyzny będącego na kolanach, z myślą sprowadzenia go na zimię.

Powyższe reguły obowiązywały skutecznie do 1838 roku, kiedy to zastąpione je
“Regułami Londyńskiej Nagrody Ringu” (ang. London Prize Ring Rules).

Historia zapasów!

kreślenie czasu w którym została stoczona pierwsza walka zapaśnicza jest niezwykle trudne, ponieważ jest to jeden z najbardziej naturalnych sportów. Można jednak przypuszczać że zapasy - jako siłowanie się pomiędzy dwoma osobnikami istnieją od początku istnienia gatunku ludzkiego. Dla ludzi pierwotnych “zapasy” nie były rywalizacją sportową, lecz walką o żywność, przetrwanie, pozycje w grupie itd. Według znanego naukowca J. Fraiser’a, przywódca grupy musiał stoczyć walkę z każdym młodym mężczyzną, a w przypadku porażki bardzo często był zabijany. Istotną rolę w “pierwotnych zapasach” odgrywała siła fizyczna, jednak bardzo ważne były także umiejętności. Mężczyźni obserwowali walki zwierząt starając się imitować ich zachowanie, ułożenie ciała oraz sposób poruszania. Bardzo często ludzie sprawdzali się w walce ze zwierzętami a niektóre formy tych walk, jak na przykład corrida, przetrwały do dzisiaj.

Najstarsze odnalezione wzmianki o zapasach pochodzą sprzed 5000 lat z Bagdadu, gdzie znaleziono kamienne płyty przedstawiające wizerunki zapaśników. Egipcjanie już 2000 lat p. n. e. znali 70 chwytów oraz rozróżniali walkę w stójce i w parterze. Zapasy były koronną konkurencją tzw. pentalonu, czyli pięcioboju, a pierwszym zwycięzcą walk zapaśniczych był Eurybatos ze Sparty. Grecy traktowali zapasy nie tylko sport, ale przede wszystkim jako element przygotowujący przyszłych żołnierzy. W walkach zapaśniczych dostrzegano bowiem walory kształtujące zarówno ciało jak i psychikę młodych chłopców. Pisali o ty m.in. Nikiasz, Platon i Sokrates. Organizowano więc specjalne szkoły dla przyszłych zapaśników zwane palestrami. W zapasach greckich bardzo dużą uwagę zwracano na estetykę walki i sylwetki zawodników. Ideałem budowy były sylwetki Hermesa - pięknie wymodelowanego, drobnokościstego młodzieńca o płynnych ruchach oraz Apollona - o mocnej muskulaturze i sprężystych ruchach.

Do chwili obecnej , w całej historii nowożytnych igrzysk olimpijskich, tylko raz , w 1900 r. w Paryżu zabrakło zapasów w programie zawodów. Tylko raz, w Saint Louis, zdarzyło się , że do startu stanęła tylko jedna reprezentacja narodowa (USA.), rekordowy był rok 1988- Igrzyska w Seulu , kiedy na starcie turnieju w stylu wolnym stanęli reprezentanci 64 drużyn narodowych. W stylu klasycznym rekord padł na Igrzyskach w Atlancie - 56 reprezentacji narodowych. Właśnie tam największy jak dotąd sukces odnieśli polscy zapaśnicy. Drużyna “klasyków” trenowana przez byłego mistrza świata i europy Ryszarda Świerada zdobyła 5 medali: trzy złote (Andrzej Wroński, Ryszard Wolny, Włodzimierz Zawadzki, jeden srebrny Jacek Fafiński), jeden brązowy (Józef Tracz) Początkowo w zawodach olimpijskich w stylu klasycznym dominowali Niemcy, potem Austriacy, Finowie. Od igrzysk w Helsinkach w 1952 r. w turniejach olimpijskich dominowali zawodnicy Związku Radzieckiego , z wyjątkiem igrzysk w Los Angeles gdzie radzieccy zawodnicy nieb wystartowali. W stylu wolnym przed II wojną światową dominowali Amerykanie, Brytyjczycy oraz Skandynawowie. Po wojnie do głosu doszli Turcy oraz zapaśnicy ZSSR.

Boks w polsce

W Polsce boks propagowano już na przełomie XIX i XX wieku. Jego rozwój nastąpił jednak dopiero w latach 20-tych. Prekursorami boksu w Polsce byli: Stanisław Szczepkowski i Stanisław Budny. Terenem ich działalności była Sekcja Gier Ruchowych Warszawskiego Koła Sportowego. Propagowali boks również na terenie szkół. Wielu ich uczniów uprawiało tę dyscyplinę, a niektórzy byli później zawodnikami pierwszych w Polsce klubów bokserskich.

W 1923 roku działacze bokserscy z inicjatywy Wiktora Junoszy-Dąbrowskiego zorganizowali w Warszawie zjazd przedstawicieli klubów bokserskich i powołali do życia Polski Związek Bokserski. Nowo powstały Związek przeprowadził w 1924 roku, w Poznaniu i Warszawie pierwsze mistrzostwa Polski. W tym samym roku pięciu polskich bokserów wzięło udział w Olimpiadzie w Paryżu, jednak przegrali pierwsze swoje walki.

W 1925 roku PZB został członkiem Międzynarodowej Federacji Boksu Amatorskiego (FIBA) Od 1927 roku zaczęto organizować obok indywidualny, także drużynowe mistrzostwa Polski. Pierwszy tytuł zdobył KS “Warta” Poznań, powtarzając ten sukces jeszcze jedenaście razy. W 1934 roku istniało już 12 okręgowych związków bokserskich, zrzeszających ponad 60 klubów i 5 tys. zawodników. Powojenny boks charakteryzuje się dużym wzrostem zainteresowania wśród szerokich rzesz społeczeństwa i wzrostem liczby zawodników oraz poziomu sportowego.

W zmaganiach olimpijskich największy sukces polscy pięściarze odnieśli w Tokio, w roku 1964, gdzie zdobyli 7 medali, w tym 3 złote: Józef Grudzień, Jerzy Kulej i Marian Kasprzyk. Warunki jakie stworzono w Polsce do uprawiania boksu, pozwoliły na to aby wychować w naszym kraju wielu wybitnych pięściarzy. Największą sławą na chwile obecną cieszą się: Andrzej Gołota (niedoszły mistrz świata) i Tomasz Adamek (mistrz świata federacji WBC w kategorii półśredniej)

Organizacje Bokserskie

Boks jest jedną z niewielu dyscyplin na świecie, gdzie istnieje tak wiele różnych federacji międzynarodowych. Poniżej wymienione są największe i najbardziej znane światowe federacje profesjonalnego boksu:
World Boxing Association (WBA) - międzynarodowa organizacja boksu zawodowego, utworzona w 1962 r. Siedzibą organizacji jest Panama. Prezydentem WBA jest od 1982 roku Gilberto Mendoza. Walki organizowane przez WBA odbywają się w 17 kategoriach wagowych.

Adres oficjalnej strony internetowej WBA:
www.wbaonline.com

World Boxing Council (WBC) - jedna z największych i najbardziej prestiżowych międzynarodowych organizacji boksu zawodowego, z siedzibą w Meksyku. Została utworzona 14 lutego 1963 roku w Meksyku. Obecnie do organizacji należy 161 państw członkowskich. Prezydentem jest Jose Sulaiman. 21 maja 2005 roku pierwszy raz w historii mistrzem świata federacji WBC został Polak Tomasz Adamek. Pokonał on tego dnia na punkty Australijczyka Paula Briggsa i wywalczył mistrzostwo świata w kategorii półciężkiej. Walki organizowane przez WBC odbywają się w 17 kategoriach wagowych.

Adres oficjalnej strony internetowej WBC:
www.wbcboxing.com

World Boxing Organization (WBO) - kolejna z najbardziej prestiżowych i największych organizacji boksu zawodowego na świecie. Siedziba organizacji jest w San Juan w Portoryko. WBO została założona przez grupę portorykańskich i dominikańskich biznesmenów. Od 1996 roku prezydentem WBO jest Francisco Varcarcel z Portoryko.

Adres oficjalnej strony internetowej WBO:
www.wbo-int.com

International Boxing Federation (IBF) - utworzona w 1983 roku przez Bob’a Lee. Siedzibą organizacji jest New Jersey w USA. Od 2001 roku prezydentem IBF jest Marian Muhammad. Walki organizowane przez IBF odbywają się w 17 kategoriach wagowych.

Adres oficjalnej strony internetowej IBF:
www.ibf-usba-boxing.com

European Boxing Union (EBU) - Europejska Unia Boksu Zawodowego. Prezydentem European Boxing Union jest obecnie Hiszpan - Ruben Martinez.

Adres oficjalnej strony internetowej EBU:
www.boxebu.com

Polski Związek Bokserski (PZB) - więcej o PZB w dziale “Boks w Polsce”

Adres oficjalnej strony internetowej PZB:
www.pzb.com.pl

Next Page »